środa, 11 kwietnia 2018

Czarny Zamek




Kilka miliardów lat temu, zaczęła powstawać nasza planeta. Na początku była to tylko mała, nic nie znacząca grudka gwiezdnego pyłu, która z czasem, podczas zderzeń z innymi, podobnymi materiałami, zaczęła przybierać na masie. Po jakimś czasie była już wielką kulą, a tajemnicze kosmiczne siły, prowadzące ją po swoim bezkresnym łonie, znalazły jej dogodne miejsce pomiędzy innymi swoimi dziełami, które my, ludzie, nazywamy Słońcem i planetami.  Ta sama nienazwana kosmiczna siła, zaczęła urozmaicać powierzchnię naszej młodej planety, zamieniając jej gorącą kamienną powierzchnię, w piękne oazy życia. Następnie pozwoliła, żeby wszystko co na niej powstało, mogło w pełni się rozwijać i funkcjonować.

Takich cudów jak wszyscy wiemy jest więcej, wystarczy tylko spojrzeć w bezchmurne, nocne niebo, żeby zobaczyć jak potężna jest ta tajemnicza siła. Oczywiście, wszystkiego nie możemy dojrzeć. Kosmiczne obiekty są od nas za daleko i to właśnie one sprawiają, że ciekawi nas niezbadane. A rzeczy, których nie możemy ujrzeć i pojąć, zawsze budziły strach i obawy. Nieodkryte tajemnice nie tylko kryją się w ciemnych czeluściach kosmosu, ale również są obecne na naszej planecie. Są to sprawy, które się nam jeszcze nie objawiły lub też takie, które widzimy, ale ich sensu, działania i przeznaczenia nie pojmujemy 

***

- Już niedaleko – myślał Tytus, wspinając się zalesioną, rzadko uczęszczaną drogą, prowadzącą na szczyt góry, na której stały potężne, zbudowane z czarnego kamienia mury, zamku Rodu Polijskich. Z budowlą tą, jak i z całą historią tej  rodziny, wiązały się liczne, stare, bluźniercze legendy, jakoby mieli oni jakieś kontakty z szatanem. Ludzie z pobliskiej wsi mówili, że ich prapraojcowie byli zastraszani i nękani przez dziwne bestie oraz niewytłumaczalne odgłosy, nawiedzające ich każdej nocy, co miało trwać przez dziesięciolecia. Mówiono też, że dosyć rzadko, ale jednak, można było spotkać, a raczej ujrzeć tylko z oddali, właścicieli tego potężnego zamczyska. Polijscy widocznie unikali miejscowych, utrzymując się przede wszystkim z własnego dobytku. Po niezbędne artykuły i rzeczy, których im brakowało, a nie umieli ich wytworzyć, wysyłali do miasta swoich sługusów. Byli oni co prawda ludźmi, ale tak zdegenerowanymi, że budzili powszechny wstręt i panikę wśród miejscowych. Gdy tylko schodzili z góry, wieśniacy zamykali swoje zwierzęta w zagrodach i sami kryli się w domach, obserwując karawanę zza zamkniętych okiennic. Takie wyprawy odbywały się raz na dwa miesiące i był to dzień, w którym całe życie we wsi zamierało, aż po późne godziny popołudniowe, kiedy wszyscy słudzy, powracali obładowani do swojego przeklętego zamku…  Z samym zamkiem wiąże się jeszcze jedna, niewyjaśniona opowieść. Mianowicie, potomkowie obecnych mieszkańców, nie pamiętali jego budowy, a niektórzy z nich mówili, że ten czarny kolos jakby spłynął z nieba, ale nie da się rzecz jasna, w żaden sposób, dokładnie sprecyzować tych informacji.

I tak mijały lata… Ród Polisjkich wymarł, a zamek obrócił się w ruinę.

W roku 1970, przybyła do wioski ekspedycja badawcza ze Stowarzyszenia Naukowego Archeologów Polskich, na wezwanie jednego z mieszkańców wsi, który pisał w liście, że w zamku od jakiegoś czasu, daje się usłyszeć przedziwne odgłosy. Badacze weszli na górę i po nocy spędzonej przy ruinach, zeszli do wioski i odjechali, nie przekazując żadnych informacji o dziwnym zjawisku. Wydali tylko pierwszej napotkanej osobie instrukcje, żeby nie podchodzić pod ruiny, gdyż są w fatalnym stanie i buszowanie pomiędzy nimi grozi zawaleniem murów oraz, że niedługo powrócą z ekipą remontową ze stolicy. Ale człowiek ten, wywnioskował ze zmęczonych twarzy archeologów, że jednak coś jeszcze musiało się stać nocą, tam na górze, co spowodowało, że wyjeżdżali w pośpiechu.  Od tamtego czasu minęło kilkanaście lat, a żadna ekipa remontowa nie pojawiła się w okolicy, ani nikt z władz nie zainteresował się zamkiem. Odgłosów już się nie słyszy, ale ludzie żyjący w tych okolicach, pamiętają o legendzie jaka spowija ten teren . Rzadko o niej mówią obcym, mając nadzieję, że jest ona fałszywa oraz, że nikt nie będzie się tam kręcić i nie wywoła licha z lasu. Co prawda, od czasu do czasu, chcąc zbadać ruiny zamku, przyjeżdżają jacyś ludzie, ale są to tylko niedzielni poszukiwacze przygód, amatorzy starych gruzowisk.

Wreszcie ścieżka, zarośnięta gęsto krzewami jeżyn, wyprowadziła Tytusa z lasu na polanę. Jeszcze tylko kilkanaście metrów lawirował pomiędzy niskimi krzaczkami i wreszcie znalazł się na wprost porośniętej bluszczem bramy głównej, prowadzącej do potężnego, czarnego zamczyska. Uniósł głowę, podziwiając solidne, wysokie mury, których czas nie zdążył obalić. Nad bramą, w nienaruszonym stanie, ostał się kamienny herb rodu Polijskich, otoczony rzeźbionymi, dziwnymi postaciami. Tytus nie miał zamiaru wchodzić do zamku. Jeszcze nie teraz. Postanowił najpierw obejść go dokoła. Idąc, spoglądał na zachowane w prawie idealnym stanie mury zamku. Tylko w niektórych miejscach były popękane i ukruszone. Zastanawiał się, czy i pomieszczenia wewnątrz, a także cała reszta, będą tak samo, okazale przechowane.

Zamek miał na swoich rogach olbrzymie, wysokie baszty, przeznaczone przypuszczalnie do obrony. Chociaż znając te wszystkie niesamowite historie o panach zamku, raczej mało prawdopodobne, żeby ktokolwiek i kiedykolwiek, podchodził zbrojną drużyną pod jego mury.

Na obszernym dziedzińcu zamkowym, na samym jego środku, stała kamienna, zawalona już teraz studnia. Znajdowały się też tutaj ruiny niewielkich budynków, wykonane z innego kamienia niż cały zamek. Po pobieżnych oględzinach, Tytus wywnioskował, że były to pomieszczenia dla sług i zwierząt hodowlanych. Naprzeciwko głównej bramy, ujrzał niewielkie, solidnej budowy i interesujących zdobień, metalowe drzwi. Przedstawiono na nich dziwne istoty, podobne do tych, znajdujących się naokoło herbu nad główną bramą. Ich dziwność polegała na tym, że od pasa w dół, przypominały ludzi, a powyżej, miały żabie lub krabie tułowia. Był to nieznany styl ozdobny, który do tej pory zapewne nie został jeszcze sklasyfikowany. Po obu stronach drzwi, stały dwie kamienne kolumny, bez ozdób, podtrzymujące wykonany z tego samego materiału, niewielki daszek. Za drzwiami mieścił się krótki korytarz, prowadzący do holu.  Gdy Tytus znalazł się we wnętrzu budowli, poczuł silny swąd, połączony z chłodem kamieni. Smród był mu dobrze znany i nie mógł go pomylić z niczym innym. Miał pewność, że obecnie, jedynymi mieszkańcami zamku są koty, chociaż do tej pory, żadnego nie spotkał. Z holu odchodziły liczne korytarze. Tytus wybrał jeden po prawej stronie i wolno zagłębił się w niego. Co kilka metrów znajdowały się nieduże okna, wychodzące na dziedziniec, zapewniające odpowiednią ilość światła. Wydawało mu się, że jego głośne kroki, które stawiał na kamiennej podłodze, rozchodzą się po całej posiadłości. Zdziwiło go, że nigdzie nie widać, charakterystycznych dla podobnych budowli, miejsc na świeczniki.

W końcu dotarł do pierwszej komnaty. Drzwi były lekko uchylone. Zrobił większą szparę i zanim wszedł do środka, w półmroku ujrzał dwa skrzące się punkciki – parę zielonych oczu kota, siedzącego na podłodze. Stworzenie błyskawicznie zerwało się z legowiska i zniknęło za drzwiami przyległego pomieszczenia. Tytus stał teraz samotnie w niedużym pokoju, w którym pod ścianami walały się zniszczone, zbutwiałe sterty drewnianych mebli.

Następnie przeszedł do pomieszczenia, w którym zniknął chyży kot. Na jego środku leżały pozostałości po wielkim stole. Po lewej stronie znajdował się dobrze zachowany regał, na półkach którego stały księgi. Całe pomieszczenie wypełniał zapach pleśni i kurzu, od których kręciło w nosie. Książki przyciągnęły uwagę Tytusa. Podszedł do nich, bez zastanowienia sięgnął po jedną i skierował się do niewielkiego okna. Księga była bajecznie stara i została napisana w nieznanym mężczyźnie języku. Ryciny, które znalazł na jej kartach były również niezrozumiałe i nie mógł ich porównać do niczego, co znał.

Około dwóch godzin zajęło poszukiwaczowi zwiedzanie pozostałych komnat zamku Polijskich. Wszystkie były praktycznie takie same. W większości nie było okien i stały w nich stare, zbutwiałe i bezużyteczne już meble. Tytusowi przeszło przez myśl, że ciemności panujące w pomieszczeniach mogą mieć coś wspólnego z ogromnymi zmianami wyglądu sług, które w dawnych czasach,  mocno przerażały mieszkańców wsi. Jednak szybko porzucił tę myśl.

Tytus wyszedł na zewnątrz zamku, chroniąc dłonią oczy przed światłem Słońca, które, chociaż już zachodziło, nadal było intensywne. Za miejsce odpoczynku obrał północno wschodnią basztę. Dostał się do niej po stromych schodach, znajdujących się tuż przy bramie głównej.

Z baszty rozciągał się wspaniały widok na okolicę. Na południu widać było czerwone dachy domów w leżącym nieopodal miasteczku, otoczonym zewsząd lasem. Rzeka, która przepływała nieopodal niego, przybrała teraz kolor zachodzącego słońca. W oddali widział mniejsze lub większe wzniesienia, podobne do tego, na który stał zamek.

Wyjął z plecaka śpiwór, turystyczną kuchenkę oraz niewielki rondel, do którego nalał wodę z plastikowej butelki. Gdy się zagotowała, zalał dwa kubki, w jednym znajdowała się zupka w proszku, a w drugim herbata. Po posiłku, wymościł sobie posłanie i wszedł do śpiwora. Założył ręce pod głowę i zastanowił się nad minionym dniem. Szybko zmorzył go sen.

Wstał wczesnym rankiem. Przeciągnął się, klnąc w duchu na ból pleców. Zrobił szybkie śniadanie i opuścił basztę. Zamierzał dzisiaj wykonać kilka zdjęć zamku.

Pstrykał fotografie wszystkiemu co wydawało mu się interesujące – drzwiom z dziwnymi rysunkami, herbowi nad bramą wejściową, starym meblom oraz księgom. Idąc ciemnym korytarzem, w pewnej chwili, zahaczył stopą o wystający kawałek podłogi i potknął się, w ostatniej chwili ratując się przed upadkiem. Zapalił latarkę i zdał sobie sprawę, że stracił równowagę, wchodząc na pordzewiały, metalowy pierścień. Kiedy przyjrzał się temu bliżej, okazało się, że był to uchwyt, przymocowany do kamiennej płyty. Chwycił go obiema dłońmi i wytężając wszystkie siły, udało się mu się podnieść właz.

Kiedy skierował promień latarki w czarną otchłań, ujrzał kamienne schody. Zafascynowało go, co może ujrzeć na ich końcu i ostrożnie, stopień po stopniu, zaczął schodzić w dół.

Po kilku minutach, będąc u podnóża schodów, zorientował, że stoi w u początku obszernego, podziemnego korytarza. Poświęcił na ściany latarką. Pokryte były gdzieniegdzie dziwnymi znakami lub pismem. Wykonał kilka zdjęć i ruszył przed siebie.

Po kilkunastu metrach doszedł do wielkiej jaskini. Promień latarki nie sięgał jej końca. Ale to co zobaczył sprawiło, że pobladł. Zrobiło mu się niedobrze i słabo. Stał bez ruchu jak biblijny słup soli, bez możliwości wykonania jakiegokolwiek ruchu. Kilka metrów od niego znajdował się kamienny ołtarz, a na nim i w jego pobliżu, leżały porozrzucane kości i czaszki ludzkie oraz zwierzęce, których kształty widział po raz pierwszy. Za ołtarzem, na podwyższeniu, stała ciemno zielona figurka. Z dolnej części jej twarzy, wychodziło skupisko macek.  Po obu stronach figurki znajdowały się metalowe rusztowania. Po jednej stronie umieszczono topory, dzidy i noże,  po drugiej zaś, wisiały szaty wykonane z materiału. Jednak było to niczym, w porównaniu z wielkim obrazem umieszczonym nad figurką. W jego centrum namalowano kulę ziemską, wokół której krążyły planety układu słonecznego.  Po obu stronach naszej planety, przedstawiono na wzór bogów, dwa przebrzydłe stworzenia o ciemnogranatowym ubarwieniu skóry. Były to te same kreatury, które wcześniej można było ujrzeć wokół herbu nad wejściem głównym i drzwiach do zamku. O ile tam, widać było tylko ich zarys, te, przedstawiono w swej prawdziwej, ohydnej formie.


***


Wyobraźcie sobie, że oto odkryłem, w zapomnianym zeszycie do Rysunku Technicznego (?), swoje pierwsze opowiadanie, zainspirowane Mitologią Cthulhu. Przekartkowałem ten zeszycik dokładnie, znalazłem datę drugiej lekcji, z dnia 11.09.1996 roku. Nie wiem kiedy mogło powstać samo opowiadanie, ale myślę, że gdzieś właśnie w tym okresie, może później, gdyż brulion ten – A4 96 kartkowy, skrywa nie tylko to dziełko :):):). Znalazłem w nim również opowiadania do Kompendium X-Com, które swoje pierwsze wydanie miało w 1998 roku. Jest też kilka szkiców wypracowań z polskiego, angielskiego, historii, zadania z matematyki, a także historia komputera, pisana prawdopodobnie na informatykę oraz kilka moich rysunków.

Trudno rozczytać bazgroły pisane ręcznie, dużo w tym błędów, ale z braku weny na nowe gnioty, zmusiłem się i przez kilka dni (kilka dni lepiej brzmi, no nieeee? ;>), przepisałem tę starą rzecz.. Niektóre sprawy uzupełniłem i delikatnie poprawiłem, były też zdania, które musiałem usunąć, ale całość fabularna jest nietknięta.

Widzę tutaj wyraźny wpływ opowiadania pt „Alchemik”…  Nie zmieniłem imienia głównej postaci. Widocznie sam chciałem być jej bohaterem, skoro użyłem swojej starej ksywki (wtedy obowiązującej). A kilka lat później przeczytałem o innym badaczu Mitologii Cthulhu, wymyślonej przez Briana Lumleya, który nazywał się Tytus Crow. O ile pamiętałem o tym opowiadaniu, musiałem przeżyć miłe chwile zaskoczenia i radości…


Turystyczna kuchenka – Dlaczego występuje w tym opowiadaniu? Ano dlatego, że musiałem w tym czasie czytać o Przygodach Pana Samochodzika. Dokładnie pamiętam, że Pan Tomasz takiej używał ;>