czwartek, 15 lutego 2018

Konstruktor



Na wschodzie Polski, w małej wiosce w województwie lubelskim, mieszkał pewien człowiek. Gdy był dzieckiem, najmłodszym z trójki rodzeństwa, matka i ojciec z przyczyn materialnych, oddali go na wychowanie do babci.  A kiedy ta po wielu latach zmarła, nie chcieli chłopaka z powrotem, chociaż on bardzo pragnął do nich wrócić.

Andrzej zamieszkał samotnie w domu babki i szukał zajęcia, które pozwoliłoby mu wypełnić czymś czas. Niestety nie umiał nic takiego znaleźć. Nawet nie nawiązał żadnych relacji z dziewczynami ze wsi, bo nie dość, że był nieśmiały, to jeszcze dosyć brzydki. Jedynym jego obowiązkiem było doglądanie uli i sprzedawanie miodu.

Któregoś razu, jakiemuś miastowemu, nieopodal domu Andrzeja, zepsuł się samochód. Elegancki pan w garniturze zapukał do drzwi i poprosił o pomoc. Andrzej założył buty, wyszedł do samochodu i chociaż nie znał się na silnikach, udało mu się go uruchomić, za co dostał 50 zł. Cały dzień dziwił się jak tego dokonał. Kilka dni później, pomógł sąsiadowi w naprawie traktora. Tak to się wszystko potoczyło i trwało latami. Ludzie przychodzili do niego i prosili o naprawę różnych rzeczy. Młody człowiek stał się dorosły i rozwinął wiedzę oraz umiejętność w dziedzinie naprawy przeróżnych sprzętów. Cieszył się z tego, bo zawsze ciągnęło go do ludzi, a dzięki swej pracy, chociaż przez chwilę mógł z nimi przebywać.

Przy śniadaniu, złożonym z pajdy chleba, kiełbasy, pomidora i kubka mocnej herbaty, miał w zwyczaju oglądać w telewizji Agrobiznes, by w razie wezwania do jakiejś awarii, móc z ludźmi o czymś porozmawiać. I tak, przy naprawie pralek automatycznych, dojarek, bojlerów, kosiarek i innego sprzętu, rozmawiał o skupie surowców rolnych, przemyśle spożywczym, agroturystyce i zawsze wiedział po ile stoją świnie.

Ludzie znosili na podwórko pana Andrzeja stare rupiecie i nieużywane sprzęty. Wyjmował z nich silniki, kable, przekładnie, panele sterowania i począł z tego składać przedziwne maszyny, chcąc tchnąć w nie mechaniczne życie. Na początku robił małe traktory, ale bardzo szybko przestało mu to wystarczać. Zaczął konstruować roboty, które pomagały jemu i sąsiadom w gospodarstwie. Oprócz przydatnych mechanizmów, konstruował również takie, które bardziej przypominały żywe zwierzęta i nie miały innego zastosowania niż estetyczne. Miał ich kilka w swoim warsztacie, a gdy przychodziły do niego wioskowe dzieci, uruchamiał je wszystkie i siedząc z boku na ławce, patrzył zadowolony na zabawę ludzi z maszynami.

Mechaniczno zwierzęcym hybrydom, dorabiał kunsztowne, woskowe oczy, które wyglądały jak naturalne. Wśród odwiedzających go ludzi budziły fascynację, a zarazem strach i odrazę. O ile mechaniczne stworzenia, sprawiające wrażenie myślących były akceptowane, to oczy, uznawano za zbędną przesadę. 

Od ponad roku, co jakiś czas, pana Andrzeja nachodził dziennikarz z Lublina, prosząc o zgodę na zorganizowanie wystawy jego robotów. Jednak nigdy nie udało mu się jej uzyskać, a nawet kilka razy został przepędzony z posesji. Wszystko zmieniło się tej wiosny. Konstruktor uległ i zabrawszy najlepsze ze swoich eksponatów, pojechał do miasta wojewódzkiego. O fantastycznych maszynach pisano w gazetach, mówiono w radio, a nawet pokazywano krótki materiał w Teleexpressie, gdzie zasiadł w  loży Galerii ludzi pozytywnie zakręconych.

Wszyscy dziwili się, kiedy po kilku dniach pan Andrzej wrócił na wieś, lecz nie sam. Towarzyszyła mu kobieta w jego wieku. Czyżby to była jakaś rodzina? – pytali się wścibscy sąsiedzi. Kiedy tajemniczy gość nie opuszczał jego domu przez kilka tygodni, postanowiono wysłać na spytki listonosza, znanego gadułę. Traf chciał, że pracownik poczty miał dla niego rachunki. Okazało się, że kobieta nie jest żadną rodziną, a przynajmniej jeszcze nie. Pan Andrzej poznał kobietę i zakochał się w niej, widocznie ze wzajemnością, bo ślub miał się odbyć jeszcze przed latem.

Impreza była skromna, lecz urocza. Żona pana Andrzeja była małomówna, a na każde zadane pytanie, uśmiechała się delikatnie i albo spoglądała na męża, szukając u niego pomocy albo zawstydzona spuszczała głowę.

Życie pana młodego nie zmieniło się jakoś diametralnie. Tak jak przed ślubem, siedział w swoim warsztacie i dłubał przy mechanizmach. Jego małżonkę rzadko można było spotkać za dnia przy obejściu. W czasie obiadu zanosiła mu posiłek, a kiedy na dworze było bardzo gorąco, nawet nie wychodziła z domu. Dopiero wieczorem spacerowała z mężem pod rękę brzegiem lasku i pomiędzy polami. Wszystko wyglądało na to, że kobieta unika lub boi się światła.

Któregoś razu wieczorem, odwiedził ich sąsiad z prośbą o pomoc w naprawie tostera. Zauważył, że kobieta przez przypadek włożyła rękę w ogień, w czasie rozpalania w piecu by zrobić gościowi herbaty. Podobno nawet się nie zająknęła, a kiedy pan Andrzej to zobaczył, szybko podbiegł do żony i z troską odprowadził do pokoju mówiąc, że sam wszystkim się zajmie gdy opatrzy jej dłoń.

Nie trudno zgadnąć i o dziwnym zachowaniu kobiety szybko dowiedzieli się inni mieszkańcy wioski. Niektórzy dosyć często zaczęli nachodzić Pana Andrzeja z prośbą o proste naprawy, a w tym czasie bacznie przyglądali się jego żonie. Pytano ją o różne sprawy, a kiedy to robiono, dostrzegali w oczach jej męża złość i zniecierpliwienie. Po pewnym czasie zaczęto mówić na nią dziwadło. Wysyłano nawet dzieci, które niby przez przypadek, miały wrzucać na podwórko piłkę i prosić o jej zwrot, a później opowiadać rodzicom co zaobserwowały. 

W końcu procesje do domu młodego małżeństwa i inne nieprzyjemne sytuacje stały się uciążliwe. Niespodziewanie pan Andrzej wraz żoną spakowali się w wielką ciężarówkę wynajętą od  firmy transportowej, wyprowadzili i odjechali w nieznanym kierunku. W domu nie zostało nic, prócz dużych, stojących na piecu, metalowych kadzi pokrytych zaschniętym woskiem. Kierowcę samochodu, którego znaleziono w Lublinie, w bazie firmy, nie dało się przekupić żeby zdradził dokąd pojechał z klientem. Młody chłopak, miał podobno opowiedzieć pytającemu, żeby najzwyklej w świecie spierdalał.  

Taka to dziwna historia.