czwartek, 24 grudnia 2015

Aktywny w Szaleństwie ...i w Wigilijny, Ossobliwy Wieczór II




Miejsce kolejnej OssoWigilii zostało wybrane już rok temu. Niestety wielkie plany szybko legły w gruzach, a gorączkowe poszukiwania zaczęły się dopiero dwa tygodnie temu.

Szara, podwarszawska wieś nie wyróżniała się niczym szczególnym. Nie było tu niskich chat o bielonych wapnem ścianach. Nie było kwiecistych wzorów oraz pomalowanych na niebiesko drzwi i okiennic. Dachów nie pokrywała słoma ani drewniany gont. W obejściach brakowało studni, kozła do piłowania drewna, a nawet zwykłych pniaków do rąbania drewna.

Obok jednego, dwupiętrowego, brudno żółtego murowanego domu, stała ogromna, drewniana stodoła. Mogła pomieścić kilkanaście stołów, przy których zamierzano biesiadować. Jej wynajęcie na trzy dni Świąt Bożego Narodzenia okazało się małoznaczącym wydatkiem. Po otrzymaniu całej kwoty, właściciele, (po porządnym wykąpaniu się), wyjechali do miasta, zostawiając pęk kluczy do wszystkich drzwi i kłódek. Dostęp do kuchni uradował organizatorów wigilijnego spotkania i rozwiązał problem stygnięcia smakowitych potraw. Pozostawała jeszcze sprawa dziadostwa i ogólnego bałaganu panującego na zewnątrz posesji. W tym przypadku trzeba byłoby użyć wszystkich pokładów osobistej fantazji, żeby wyobrazić sobie odpowiedni klimat… Na szczęście spadł śnieg i przykrył wszystkie niedoskonałości.

Rano, 24 grudnia, pojawiła się pierwsza ekipa techników. Na podwórze wjechało kilka samochodów dostawczych. Niski człowiek o świńskich oczkach wyskoczył z żuka, postawił kołnierz z futerkiem i zaczął przeglądać swoje zapiski. Sapiąc, cmokając i dłubiąc w zębach ołówkiem wszedł do stodoły i nie oglądając się za siebie rzucał komendy:
- Dobra chłopcy! Skrzynki ze sprzętem dawajcie na środeczek, stoły na razie pod ścianę. Na całej podłodze ma być rozłożona świeża słoma… Wiecie! Ma pięknie pachnieć! A tam dalej, w tle, ma być koło od wozu…

- Zaraz! Panie! – odpowiedział mu długowłosy mężczyzna w roboczym kombinezonie. To nie ma być country, tylko folk! Rozumiesz pan? Nie dość, że folk, to jeszcze metal!

Chwilę później przy bramie wjazdowej zatrzymały się autokary i wyszli z nich Ossobliwi. Ich widok musiał przestraszyć szemranego kierownika, gdyż do końca tej opowieści już się nie pojawi.

Podłoga w stodole została dokładanie wymieciona z kurzu i resztek słomy. Sprawnie rozłożono długie stoły i położono białe, płócienne obrusy. Nogi jednego ze stołów tradycyjnie związano sznurkiem, żeby chleb trzymał się domu. Ktoś znalazł gniazdko i w elektrycznym czajniku zaczął gotować wodę. W mroźnym powietrzu rozszedł się zapach parzonej kawy. Ktoś inny obierał pomarańcze.

Ekipa Radiowej Trójki zainstalowała sprzęt elektroniczny, służący do przeprowadzenia audycji radiowej. Kable estetycznie wisiały lub leżały na podłodze, ozdobione świątecznymi dekoracjami ze słomy. Przekaźniki zostały przetestowane, siła sygnału była doskonała…

A popołudniem miały pojawić się baby…

Było to określenie na kobiety, które potrafią przyrządzić świąteczne potrawy i sprawić by całe pomieszczenie, w którym mieli wieczerzać, zamieniło się w przytulne, rodzinne i niesamowite miejsce. One zaś – baby - bardzo szybo zrewanżowały się zapowietrzonym śpiewakom i wieprzkom, potrafiącym jedynie siedzieć przy stole, pić piwo, rżeć z dowcipów i marzyć o wielkich bitwach - nazywając ich - chłopami.

Robiło się coraz ciemniej. W środku stodoły cały czas trwała praca. Wszyscy sprawnie uwijali się, znając swoje zadania. Na ścianach zawisły ossobliwe obrazy, specjalnie na tę okazję wykonane przez Ossobliwe Makabreski. Były na nich motywy świąteczne, poprzeplatane onirycznymi wizjami. Malowidło przedstawiające rogaty księżyc – symbol Ossobliwości - ulokowano w samym centrum galerii.

Na podłodze rozłożono stare, grube dywany, żeby nie ciągnęło od zimnej posadzki i zbudowano z desek małą, ale solidną scenę dla muzykantów. Pod dachem rozwieszano ozdoby z kolorowego papieru, bibuły, słomy, które dzieci przygotowały w domach oraz te, które zostały z poprzedniego roku.

W końcu zabrano się za ubieranie choinek. Nie obyło się bez problemów przy ich obsadzaniu. A to jeden mówił, że stoją za krzywo, a to drugi, że powinny stać odwrotnie. Po 30 minutach skwitowali, że to kwestia genów, że trzeba być życzliwym w ten dzień i zgodnie kontynuowali pracę. Kolorowe światełka zostały rozwieszone, a szklane i papierowe ozdoby przyozdobiły każdą gałązkę. Na całość nałożono anielskie włosy.

A kiedy przyjechały samochody z kobietami i dziećmi, mężczyźni ochoczo pomagali przenosić do kuchni świąteczne potrawy. Skrzynki, torby i pudła pełne pachnących uszek z barszczem, krokietów, smażonych ryb, śledzi w occie i oleju, bigosu, sosu grzybowego z kaszą, ziemniaków z cebulką podsmażaną na wiejskim oleju rzepakowym, grochu z kapustą, kutii i oczywiście nie mogło zabraknąć kompotu z suszu. Pięknie pachniał mak utarty z miodem, żółtkami z dodatkiem bakalii i rumu. Ossobliwa Loża Alkoholowa zapewniła aromatyczne nalewki z wiśni, orzechów, wina, likiery z brzoskwiń, moreli, pomarańczy oraz wódkę piołunówkę. Wszystko to na lepszy humor i trawienie. Ossobliwa Loża Kawowa proponowała kawę wysokiej jakości. Dzieci wesoło rozbiegły się po całym podwórku organizując gonitwy z psami Redaktora i wojny na śnieżki.

Kobiety musiały dokończyć ozdabianie sali, nadając jej milszego charakteru. Na stołach, podłogach i drewnianych półkach gdzie leżały narzędzia gospodarza - dłuta, piły, heble, ustawiały świece i lampy. Ściany zdobiły świerkowe stroiki. Na choinkach dokładały bombki zarówno wstążkowe, jak i papierowe oraz ozdoby z jabłek i orzechów. Magia zagościła pod strzechą. Za kilka godzin zacznie się wieczór wigilijny…

Trzeba teraz było zadbać o siebie. Zmienić ubrania na odświętne i odpocząć, by móc godnie rozpocząć nocne czuwanie. Odpoczynek jak wiadomo jest niezmiernie ważny, gdyż człowiek nie jest stworzony do pracy, bo się męczy. Był to też moment na rozmowy z dziećmi o staropolskich wigilijnych zwyczajach. Opowiadano, że rano ludzie musieli umyć się w zimnej wodzie, co zapewniało zdrowie i zapał do codziennych obowiązków. W ten wieczór pojawiały się również dusze naszych zmarłych i trzeba było uważać gdzie się siada. Kiedy ktoś chciał spocząć, musiał najpierw dmuchnąć na siedzenie i powiedzieć „Posuń się duszyczko”. Tego dnia bawiono się w drobne kradzieże, a kiedy się udały zapewniało to powodzenie w handlu. Mówiono, że jaka wigilia, taki cały rok.

***

Ossobliwi zajęli swoje miejsca przy stołach. Wszyscy nieśmiało uśmiechali się do siebie. Słychać było ciche szepty i szmery. Dzieci chodziły pomiędzy stołami i opowiadały coś pokazując na wystój sali. W powietrzu unosił się zapach świeżego chleba i parafiny ze świec. Muzykanci stroili instrumenty, a na podwórko powoli zjeżdżali goście.

Byli w śród nich przede wszystkim członkowie najbliższej rodziny i przyjaciele Ossobliwych, którym chciano pokazać namiastkę magicznych chwil niedoświadczanych w życiu codziennym. Nie zabrakło również zaprzyjaźnionych pisarzy, bibliotekarzy, aktorów, ludzi zajmujących się badaniem folkloru i przede wszystkim muzyków.

Zaproszeni politycy różnych opcji, frakcji, partii… złożyli wszystkim życzenia świąteczne. Już nawet chcieli wygłosić swoje przemówienia lecz szybko zwołano ich do stołu… w piwnicy domu. Tam się pokłócili, pobili, obalili demokrację po czym ją przywrócili ponownie i planowali obchodzić miesięcznicę tych wydarzeń…

Zjawił się orszak pedagogów i psychologów zaproszonych, wydaje się chyba przez pomyłkę przez jednego Ossobliwego Wychowawcę. Jednak zamiast mądrych, posągowych ludzi, znających ludzkie dusze, okazali się najgorszym sortem…

Na ciemnym, hebanowym niebie pojawiła się Pierwsza Gwiazdka.. Zaczęto śpiewać kolędy, Półredaktor wygłosił mowę powitalną. Po jej zakończeniu ktoś ze środka sali dodał: „O pieniądzach, polityce i religii dzisiaj nie rozmawiajmy dużo, gdyż to tematy, które powodują jedynie nieporozumienia. Zdolne są one pokłócić ze sobą największych przyjaciół. Pomyślności dla wszystkich

Przy cichych dźwiękach kolęd wygrywanych na skrzypcach, łamano się opłatkiem życząc sobie szczęścia i zdrowia! Pierwszym daniem był barszcz czerwony z uszkami. Łyżki zadźwięczały o talerze. Przy stole opowiadano tajemnicze, ciekawe historie. Młodsze dzieci na kolanach rodziców i te starsze, siedzące za swoimi talerzami wypełnionymi smakowitymi potrawami z niedowierzaniem słuchały opowieści Ossobliwych.

Spoglądano na staruszka, który z dobrodusznym uśmiechem słuchał rozmów i uważnie przyglądał się ludziom. Zaczepiony, odpowiadał: „Papajajcy, pa pa jajcy!

Drużyna Wikingów siedząca pod ścianą, ubrana w swoje ludowe stroje nie bardzo rozumiała uroczystość, w której przyszło im barć udział. Ale profesjonalnie trzymali w swych rękach topory, robili groźne miny, łypali straszliwie do reszty gości i zajadali smażonego karpia z ziemniakami polanymi olejem rzepakowym. Podczas głośnej rozmowy odkryła się odwieczna tajemnica - po co służy broda długowłosym mężczyznom? Sam wódz, Einar oznajmi:
- My normalnie włosów nie związujemy! Mamy je rozpuszczone jak Wy na metalowym koncercie! A broda jest po to, żeby przy jedzeniu do gęby nam się włosy nie zsuwały. Włosy zatrzymują się na brodzie! Dlatego dopiero dorosły mężczyzna jest syty, bo Ci młodzi mają trudności z jedzeniem!

Na dworze było zimno i ciemno. Krzywe latarnie przy ulicy nie paliły się. Nikła, złota poświata wydobywała się z delikatnej szczeliny uchylonych drzwi stodoły. Bezchmurne niebo ukazywało wspaniały widok gwieździstego nieba. Miało się wrażenie, że pradawne gwiazdy świecą tylko dla ucztujących. Gdyby w tym momencie, ktoś uniósł głowę ku górze, zobaczyłby, że gwiazdy zmieniają się na moment w ludzkie czaszki. W tej chwili nad wsią przelatywała Śmierć, która zazdrośnie spoglądała na dach budynku, gdzie odbywała się OssoWigilia. Niestety… służba nie drużba i nie można było wstąpić na łyczek suszu.

A chwilę później na niebie pojawił się zaprzęg Świętego Mikołaja. Dzwoneczki reniferów wesoło oznajmiały ich przybycie. Muzykanci przestali grać, ludzie umilkli i zapanowała cisza. Wszyscy usłyszeli tętent kopyt i skrzypiący pod nimi śnieg. Rozległa się piękna, melodyjna pieśń w nieznanym języku. Drzwi stodoły rozwarły się wolno i ujrzano dwie, dumne zwierzęce głowy. To renifery śpiewały po fińsku. Za nimi roześmiana twarz Świętego Mikołaja.
- Ho! Ho! Ho! Niech Ossomoce będą z Wami wszystkimi po stokroć – zagrzmiał wesoło Mikołaj, ładując się do środka. Na grzbiecie trzymał wielki, pocerowany wór prezentów.

Dzieci szeroko otworzyły oczy z przejęcia i szczęścia. Dorośli zrobiliby to samo ale nie chcieli przy swoich pociechach zdradzać silnych emocji. Kiwali natomiast głowami i udawali, że doskonale panują nad sytuacją. Mikołaj zasiadł przy stole i poprosił o wiśniową nalewkę. W ułamku chwili stał przed nim malutki kieliszek na wysokiej nóżce, wypełniony płynem.

Ale do tej pory nie zjawiły się Istoty, na które większość czekała z utęsknieniem. Ktoś nawet rzucił myśl, żeby przebrać się za kolędników i pójść ich poszukać po okolicy. Być może pogubiły się wśród cywilizacji. Po kilku minutach pomysł upadł, gdyż nie było odpowiednich rekwizytów. Na zwiad wyszło jednak kilku ludzi pod pretekstem „puszczenia dymka”. Po trzech standardowych minutach wrócili ze strasznymi wieściami, że wokół posesji ktoś rozsypał ziarna pszenicy, które uniemożliwiały przedostanie się nowym gościom do środka.

W kurniku znalazły się kury, które bez ociągania wydziobały każde ziarenko. A kiedy wszyscy zmarznięci wrócili do ciepłego pomieszczenia rozległo się pukanie. Na początku do stodoły wszedł Domowik i usiadł między miotłami. Za nim cichutko, potulnie, z ukłonami wsunęła się jego żona, niedobrota Kikimora. Potem zjawił się sam Drakula, który przyszedł w towarzystwie Wampira z Zagłębia. Mieli ze sobą karafkę z czerwonym winem. Następnie weszły Krasnoludki, które spoczęły pod choinkami.

Wieczerza trwała w najlepsze. Raczono się nalewkami, śpiewano kolędy i niespodziewanie dla większości nastała północ. Redaktorowi zabrano talerz, podstawiono mikrofon, realizatorka dała znać i zaczęły się Ossobliwości. W tym czasie na wieczerze dołączył Antoni Kania, który niezwłocznie oznajmił, że jest gotowy zacząć swój koncert. Zdjął czapkę, rozpiął kufajkę i wszedł na scenę. Zagrał m. in. „Balladę o Najświętszej Panience” i „Balladę o Św. Krzysztofie”.

Krokiem tanecznym do zgromadzonych dołączyły siostry Południca i Nocnica. Polewik, niosący pod pachą kłosy zboża usiadł przy Krasnoludkach pod choinkami. Nad wszystkimi stołami nagle pojawiło się jasne światło i zaczęło wirować w rytm muzyki. Były to pokutujące po śmierci, dusze ludzi niegodziwych, zapewne oszukańczych geometrów i niesprawiedliwych właścicieli ziemskich, nazywane Błędnymi Ognikami.

Pomiędzy kolejnymi wejściami antenowymi mówiono wiersze i jedzono. Mieszkańcy wsi, wracając z Pasterki zaglądali do środka życząc zgromadzonym wesołych świąt i szybko pierzchali na widok dziwnych „przebierańców” siedzących wśród ludzi. Przychodzili kolejni goście. Płamęta, normalnie niewidoczna dla ludzi - drobna istota z rzadkimi włosami na dużej głowie. Na powitanie uśmiechała się szerokimi ustami i machała ptasimi szponami. Wielki Troll leśny, który przybył między Strzygami i Gnieciuchem musiał zostać na zewnątrz, ale wyniesiono mu świątecznego jedzenia, a do wiadra nalano wina.

Na scenie zagościł bard, Maciej Zembaty. Zaśpiewał, aż wszystkim na chwilę zatrzymały się serca. Nikt nie zauważył, że w jednym z ciemniejszych rogów sali, kąty ścian zaczęły się zmieniać i przybierać nieeuklidesowe formy. Niespodziewanie zmaterializowali się dwaj panowie - Lovecraft i Poe. A kiedy kończyła się kolejna piosenka pojawiło się dwóch mężczyzn i kobieta. Jeden trzymał na ramieniu kamerę, a drugi, ubrany w płaszcz wampira szedł za nim. Była to rodzina Beksińskich. Zdzisław złożył na ręce Półredaktora prezent w postaci nowych obrazów. Tomasz, poprosił o możliwość zapowiedzenia kolejnego utworu muzycznego…

I długo trzeba byłoby opowiadać co działo się w tę magiczną noc. Ilość usłyszanych historii, złożonych życzeń, zjedzonych potraw czy wypitych trunków nie da się policzyć. Dzieci już dawno posnęły, a nad światem zaczął wstawać blady świt. Czas spędzony w miłym towarzystwie, w gronie ossobliwej rodziny niestety szybko mija. Ale znajomości zawarte przy wspólnym stole rozwijać się będą poza nim. Cieszmy się, że co tydzień możemy łączyć się ze sobą za pomocą fal eteru. Za rok być może znowu się spotkamy. Ja już musze kończyć, bo zmęczony Mikołaj właśnie gestem zaprasza mnie do siebie. Ciekawe co dostanę w tym roku…



Galeria zdjęć w tej notatce - Ossobliwe Makabreski