sobota, 10 listopada 2018

"Kolekcjoner Postaci" - relacja z przygody do rpg Zew Cthulhu




Odkąd kilkanaście lat temu, po  długich poszukiwaniach, w końcu udało mi się natrafić na zbiór opowiadań Lovecrafta, a następnie oznajmiono mi czym są gry fabularne i dostałem od Przyjaciela podręcznik do Cthulhu, stałem się prawdziwym Strażnikiem Tajemnic. Kiedy tylko mam okazję, opowiadam niewtajemniczonym osobom w różnym wieku kim jest Wielki Przedwieczny i jak silnie oddziałuje na mnie Mitologia Cthulhu.


Zaciekawionym, którzy sami chcieliby odkryć o czym mówię, podsuwam opowiadania i zapraszam do wspólnej sesji rpg.

W przypadku, który teraz opisuję było podobnie. Mając na uwadze młody wiek moich słuchaczy, przekazałem im wiedzę tak, aby tylko rozbudzić wyobraźnię, nie czyniąc w ich umysłach kosmicznej szkody i nie wywołując szaleństwa. Każdą informację dawkowałem powoli i trwało to około dwóch lat, w zamian dostając słodkie rysunki Cthulhu. Zgromadziłem ich pokaźną ilość. Aż przyszedł czas na rozgrywkę.

Ten etap również musiałem mieć odpowiednio przygotowany, bo nie jest łatwo opowiedzieć czym są gry rpg. Pierwszą przygodę zaczęliśmy pod koniec wakacji, kiedy późnym wieczorem, siedziałem z państwowymi dziećmi na tarasie, popijając gorącą herbatę i rozkręcając dyskusję na tematy wszelakie. Akurat tak się dobrze składało, że miałem przy sobie kostki i byłem w trakcie tworzenia postaci do nowego systemu. Pisałem o tym na swoim fb:



Wakacje, ciepła noc, parujące kubki gorącej herbaty, świece, ołówki i kostki… Dzieci zawsze stanowiły dla mnie najlepszą widownię (a przede wszystkim są bezbłędne i ciekawskie). Długo rozmawiałem z nimi na temat Słowianie - Mitologiczna Gra Fabularna, ale, że podręcznika papierowego jeszcze nie mam, to zrobiliśmy proste postacie do Zew Cthulhu RPG i rozpoczęliśmy malutką, niewinną, kryminalną przygodę.

Żeby wzmocnić wkroczenie do Krainy Wyobraźni, postarałem się o typowy nastrój, obowiązujący na sesjach  – świece i słowiańską muzykę z yt. Epizod był prosty, rzekłbyś standardowy - „Drużyna wojów przebywała w karczmie na rozstajach, obmyślając dalsze działania, jedząc i odpoczywając, gdy wszedł do niej człowiek, mający przedmiot, który naprowadziłby ich na trop większego skarbu”. Kiedy udało im się zdobyć tę rzecz, wiedziałem, że mogę zacząć Cthulhu. Dzieci szybko wymyśliły swoje postaci, które dopiero w kolejnych dniach mieliśmy przygotować jak należy.

Przygoda zaczynała się tak:
Pewna znana, światowego formatu piosenkarka - Natasza Modrić, zamówiła u równie znanego, lubelskiego malarza – Igora Prustaskiego swój obraz. Po kilku tygodniach spotkań i pracy, dzieło było na ukończeniu. A był to wielki obraz, doskonale przedstawiający panią Nataszę w czerwonej sukni.

Niestety, ostatniej nocy, kiedy dzieło miało zostać oddane, a na koncie malarza powinna pojawić się okrągła sumka, doszło do kradzieży... Zaskoczony i szalenie smutny Igor Prustaski zadzwonił po policję, bo cóż miał innego począć?

Na arenę wkroczył policjant, pan Jakub Rogus, znudzony sprawami, które dotychczas prowadził. Natychmiast, swym bystrym wzrokiem, rozwiniętym przez bogate doświadczenie, dostrzegał na podłodze i parapecie w pracowni malarza odciski butów - numer dziecięcy oraz długi, blond włos. W niedługim czasie do pracowni przyjeżdża pani Natasza, która dowiedziała się telefonicznie od pana Igora, że obraz został skradziony. Ona również zauważyła na parapecie tajemnicze ślady i nie czekając, być może nie dowierzając policji, zadzwoniła po znajomego, prywatnego detektywa.

Pan Marek Tupik - detektyw, od wielu dni nie prowadził żadnej sprawy i obawiał się o swój interes. Już miał wychodzić z biura do domu, spędzić samotnie nudny wieczór, gdy usłyszał dzwoniący na biurku telefon stacjonarny. Po rozmowie z panią Modrić, udał się pod wskazany adres, gdzie zastał piątkę ludzi i pospiesznie przystąpił do oględzin miejsca kradzieży.

I w tym momencie zrobiło się już późno, dzieci musiały iść do łóżek spać. Oj nie chciały tego zrobić. Prosiły o jeszcze, ale byłem nieugięty. Obiecałem następną sesję…


Kolejnego dyżuru, uzbrojony w podręcznik do edycji 5.5 i mieszek kostek, przystąpiliśmy do robienia kart postaci. Długo nam to zeszło, ale nastroje dopisywały, dzieci wspominały co pamiętają z początku sesji i delikatnie wychodziły w przyszłość. Do drużyny dołączył jeszcze jeden chłopiec, który zrobił sobie adwokata. Opowiedziałem im, że niedługo Zew Cthulhu doczeka się siódmego wydania, na które czekam z nieopisaną niecierpliwością i zamierzam stać się właścicielem podręcznika.


Nastała noc z piątku na sobotę. Idealny czas. Opowiedziałem dzieciom, że pierwszy raz w grę fabularną o tytule Warhammner, grałem właśnie w tym samym czasie, kiedy po szkole przyjechałem do moich kolegów z ulicy Narutowicza w Lublinie...

Odpaliłem muzykę z dwóch pierwszych Falloutów i rozpoczęliśmy.

Okazało się, że panowie Jakub – policjant i Marek – detektyw znali się wcześniej. Obaj współpracowali przy kilku sprawach. Jakub Rogus wezwał techników, którzy przyjechali po kilkunastu minutach, zabezpieczyli ślady i zabrali do analizy znaleziony włos. Rogus zgłosił w „centrali” przejęcie sprawy i wyjaśnił szczegóły, prosząc o każdą informację. Gospodarz domu zaprosił wszystkich na kolację. Pani Natasza przygotowała sałatkę, otworzono wino, zrobiono kanapki, kawę i herbatę.

Na dworze w tym czasie rozszalała się gwałtowna, lecz krótka burza. Rogus dostał informację z komisariatu, że na Starym Mieście (w Lublinie), ludzie widzieli dziwną, niewielką postać i że być może przyda mu się ten szczegół do śledztwa. Kiedy policjant przekazał wiadomość pozostałym, cała drużyna postanowiła nie zwlekać i natychmiast wyruszyć we wskazane miejsce.

Droga do celu była utrudniona. Zalane ulice i korki, pomimo późnej pory, uniemożliwiały szybką jazdę autem. Postanowili zaparkować blisko Lubelskiego Zamku i rozdzielić się w poszukiwaniu tej dziwnej, małej istoty, jak też świadków, którzy mogli ją widzieć. Drużyna podzieliła się na dwie grupy. Jedna miała sprawdzać sklepy, klatki schodowe kamienic oraz ciemne zaułki, a druga bezpośrednio pytać się ludzi spacerujących i przebywających w kawiarnianych ogródkach starego miasta.

Było już ciemno, pomarańczowe latarnie pięknie oświetlały stare kamienice, a ich światło odbijało się również od mokrych chodników i kocich łbów. Ludzi było sporo, jedni wolno spacerowali, inni siedzieli pod knajpianymi parasolami jedząc, pijąc, rozmawiając. W pewnej chwili pani Natasza natknęła się na „menela”, który prosił ją o 20 gr. W czasie rozmowy wyszło, że to on zgłosił patrolowi policji, że jakaś istota zeskoczyła na niego z dachu, obudziła i znikła w jednej z kamienic. Jegomość zażądał czegoś do jedzenia w zamian za dalsze informacje. Po zakupie pożywienia wskazał ciemne wejście jednej z dwupiętrowych kamienic. Drużyna w tym czasie była już w komplecie, a także dołączył do nich adwokat, pan Alan Wojciechowski. Kiedy się przedstawił, nie wiedząc dokładnie o co chodzi w sprawie, postanowił zostać przed wejściem do kamienicy.

Pani Natasza i pan Marek, poszli schodami w górę ciemnej klatki schodowej. Niektóre drzwi były zabite deskami na głucho, a inne solidnie zamknięte. Widocznie żaden lokator tutaj nie mieszkał, a cała kamienica została przekształcona na dwupoziomową knajpę. Igor wraz z Jakubem zeszli do piwnicy. Tam, po jej przeszukaniu natrafili w jednej z nisz na zwinięty kłębek sierści. Już myśleli, że to tajemnicza istota, wystraszyli się nie na żarty, lecz… zbite kołtuny, po ostrożnym podniesieniu, okazały się jedynie strojem małpiszona. A pod nim znaleźli spodnie jeansowe, w kieszeni których znajdowała się paczka zapałek z wydrukowanym logo - „Zajazd Katarzyna”.

Grupa obszukująca klatkę schodową zeszła już do pana Alana i chwilę z nim rozmawiali, kiedy usłyszeli głosy przerażania dochodzące z piwnic. Za moment zauważyli jak wychodzą z niej Igor i Jakub. Ten ostatni trzymał w rękach coś, „co miało wiele sierści”. Drużyna omówiła sytuację, doszli do wniosku, że właścicielem kostiumu jest dziecko lub niewielkich rozmiarów dorosły. Następnie dzięki cennej wskazówce – pudełku zapałek, Badacze ruszyli do Zajazdu Katarzyna. Pan Alan znał dokładnie jego adres, gdyż od czasu do czasu w nim gościł. Mieścił się on zaraz przy drodze wyjazdowej z Lublina, tuż za Lasem Dąbrowa. Trasa nie była łatwa. Jazdę utrudniały połamane gałęzie po przejściu burzy i tysiące skaczących w poprzek jezdni żab.

Zajazd okazał się dużym, bogatym dworkiem, do którego prowadziła żwirowana droga. Cały teren okolony był kamiennym płotem i wysokimi tujami. Przed wejściem do budynku stała niewielka, tryskająca wodą fontanna. Na sali, przy kilku okrągłych, niewielkich stolikach, siedziało kilkanaście osób. Drużyna zajęła miejsce przy wolnym stole blisko drzwi wejściowych, a pan Jakub poszedł do baru zamówić kawę, herbatę, ciastka oraz porozmawiać o zapałkach, a przy okazji zapytać barmana, czy jest coś, co wzbudziło w nim jego zainteresowanie. Oczywiście policjant miał nie wtajemniczać pracownika zajazdu w żadne szczegóły sprawy.

Barman potwierdził, że zapałki są z jego lokalu, ale nie zauważył ostatnio nic ciekawego, co mogłoby świadczyć, że przebywa w nim ktoś podejrzany. Kiedy Jakub w końcu wspomniał o człowieku o niewielkim wzroście, barman przyznał, że obecnie przebywa w zajeździe słynny aktor, który… jest karzełkiem. Barman okazał się też wielkim fanem talentów pani Nataszy i kiedy ją zobaczył siedzącą przy stoliku, bardzo się rozpromienił.

Jakub wrócił do drużyny i przekazał im uzyskane informacje, a także wspomniał, że barman jest fanem Nataszy. Kiedy Natasza to usłyszała, serdecznie uśmiechnęła do pracownika zajazdu, który oblał się rumieńcem.

Po chwili na salę zszedł niewielkiego wzrosty człowiek, dosyć młody, około lat 40 i zasiadł przy stole. Przyniesiono mu kolację, którą zaczął wolno jeść. Bez konsultacji z drużyną do jego stolika podszedł Jakub i zaczął wypytywać gdzie przebywał i co robił w ciągu ostatnich kilkunastu godzin. Kiedy aktor – Artur Grzelak nie chciał odpowiedzieć i zbywał pytającego ciętymi ripostami i machaniem rąk, cierpliwość policjanta zaczęła się wyczerpywać. Jego pytania do spożywającego kolację stawały się coraz bardziej natarczywe, co nie uszło uwadze pozostałym gościom zajazdu. W pewnym momencie Grzelak pchnął na policjanta stolik i wybiegł z sali. Jakub i Marek rzucili się w pogoń. Reszta Badaczy oraz goście zbyt zaskoczeni sytuacją siedzieli bez ruchu.


Dopiero po dłuższej chwili Natasza, Igor oraz Alan wybiegli z zajazdu. Spostrzegli, że ich towarzysze pędzą żwirowaną ścieżką w stronę głównej ulicy. Obrali jednak zły kierunek, gdyż po lewej stronie dało się słyszeć dźwięk łamanych gałęzi i sapanie. To pan Artur, zbieg, wykiwał w jakiś sposób pościg i przeskakiwał przez mur. Ale ponownie ta sztuczka mu się nie udała. Po kilku minutach szaleńczego pościgu przez las, trójce naszych Badaczy udało się go dogonić i obalić na ziemię.

Zrazu aktor nie chciał nic mówić, drwił i popluwał. Przez telefon komórkowy Natasza zawiadomiła Marka o złapaniu zbiega i żeby wraz z Jakubem przyszli pomóc. Długo trwało przekonywanie pana Artura, że na nic zdadzą się jego wybiegi i tajenie prawdy. Ostatecznie aktor, w obawie o upadek swojej kariery, a także bojąc się o własne życie po zdradzie pracodawcy, postanowił, że wszystko opowie, ale pod jednym warunkiem. Badacze mieli wsadzić go w taksówkę i pozwolić odjechać. Grzelak opowiedział, że co jakiś czas współpracuje z pewnym kolekcjonerem obrazów. Inaczej mówiąc, kradnie dla niego obrazy. Adres jego przebywania zdradzi, kiedy będzie siedział już taksówce, która ma go odwieźć w znanym mu tylko kierunku. Badacze naradzili się, że można później śledzić tę taksówkę, kiedy adres okazałby się fałszywy, ale zarzucili ten pomysł.

Po kilkunastu minutach, kiedy Badacze wraz z aktorem wychodzili z lasu, podążając w stronę zajazdu, przy jego głównym wejściu stało większość gości, których ożywione rozmowy umilkły, gdy ich dostrzeżono. Grzelak z Jakubem udali się do czekającej już taksówki, a reszta Badaczy została przy zajeździe. Aktor przekazał adres i odjechał.

Jakub przekazał informację i ruszyli w stronę posesji kolekcjonera. Okazało się, że znajduje się w odległości tylko kilku kilometrów od Zajazdu Katarzyna. W pewnym momencie musieli opuścić asfaltową drogę i jechać polną, piaszczystą. Było już ciemno, żadna latarnia nie działała, chmury zasłoniły gwiazdy, ale z daleka udało im się zauważyć oświetlony dom. Postanowili wyłączyć reflektory auta i w ciszy podjechać do posesji, okolonej wysokim, metalowym płotem, zza którego mogli w spokoju obserwować budynek, bogaty pałacyk. Przez kilkanaście minut zastanawiali się co począć, gdy…

… drzwi domu otworzyły się i wyszedł z nich człowiek. Przemierzył podwórko, podszedł do bramy wjazdowej, otworzył ją i w ciemności skierował się do siedzących w aucie, informując, że jego pan na nich czeka.

Jakież było zaskoczenie Badaczy, ale z ociąganiem podjechali tylko do bramy głównej, wysiedli z auta i piechotą skierowali się do drzwi wejściowych. A tam, cóż to był za przepysznie urządzony dom. Bogate meble, świeczniki, posadzki i mnóstwo obrazów wiszących na ścianach. Było w nich coś przerażającego. Nie było na nich postaci, które powinny się tam znajdować. Nie wycięto ich ani nie zamalowano, po prostu znikły! Na przerażenie jednak nie było czasu, gdyż lokaj zaprowadził ich do ogromnego salonu. A tam, przy wielkim stole, na którym leżał obraz, stał odwróconych plecami do nich człowiek.

Nie odwracając się, przywitał się z Badaczami, pytając co też tak długo ich zatrzymało. „Moje imię i nazwisko i tak Wam nic nie powie, ale czujcie się u mnie jak u siebie w domu”. Nasi Badacze nie potrafili powiedzieć nic sensownego. Człowiek odwrócił się. Był łysy, nosił monokl i cały czas się uśmiechał. Poprowadził gości do kolejnego salonu, gdzie na kanapach i w głębokich fotelach siedziało kilka osób, płci obojga, w strojach pasujących do różnych epok. Dopiero po chwili Badacze zorientowali się, że są to postacie pasujące do obrazów… W tej chwili zza jednych drzwi wyszła pani Natasza w czerwonej sukni…

Pani Natasza ani nikt inny nie umieli wydusić z siebie dźwięku. Ich zaskoczenie było ogromne. Oto przed nimi stała żywa, z krwi i kości – tak się wydawało – Natasza Modrić z obrazu, ubrana w czerwoną suknię!

Gospodarz wyjaśnił Badaczom o co mu chodzi. (Graliśmy przy dużym stole. Kiedy wygłaszałem poniższe słowa, chodziłem pomiędzy dziećmi)

Tak jak mówiłem, moje imię nic Wam nie powie, chociaż przez cały czas swojej działalności przeróżnie się przedstawiałem. Tak, mam ochotę rządzić światem i uwierzcie mi, udaje mi się to robić doskonale. Zdradzę Wam jak to robię. Otóż kieruję nastrojami ludzkimi przy pomocy moich pomocników” – wskazał ręką na osoby siedzące na kanapach i fotelach i objął w pasie klon Nataszy.

Co prawda, Ci moi towarzysze, których tu widzicie już dawno wypadli z obiegu. Obecnie pracują dla mnie artyści, politycy i większość światowych sław z obecnych czasów. Robię to w prosty sposób. Maluję ich obrazy albo kradnę te, na których wiernie ich przedstawiono. Następnie w  magiczny dla Was sposób ożywiam i … zastępuję z oryginałami. Prezydent Trump, obecny jak poprzedni Papież, Johny Deep, Leonardo DiCaprio, Lady Gaga to  wszystko moje marionetki.

Tutaj umilkł, a Badacze stali w ciszy i nie potrafili się odezwać. Podszedł do oryginalnej pani Nataszy i położył jej rękę na ramieniu.

I od pewnego czasu staram się zrobić to samo w Polsce. Zastąpić waszych celebrytów czy polityków, swoimi kukiełkami. Ale okazuje się, że wasi rodacy są tak płascy, jednowymiarowi, inaczej mówiąc – beznadziejni i bezbarwni, że zupełnie nie wychodzi mi ich ożywianie. Jedynie pani Natasza okazała się wartościową osobą”. – ujął jej rękę i delikatnie pochylił nad nią czoło.

I dlatego kończę na dzisiaj swoją pracę. Pan Grzelak? Nic mu nie uczynię, nie martwcie się o to, jest nieistotny.

(Usiadłem na swoim miejscu)

Gospodarz stanął na środku salonu. Podłoga pod nim zajaśniała i wytrysnęły z niej zielone, oślizgłe macki, które zatańczyły wokół niego szalony taniec. „Do zobaczenia w lepszych czasach” – usłyszeli jeszcze i cały dom, przyrządy, meble i postacie zaczęły zanikać, jakby ktoś je zamazywał. Kiedy badacze się ocknęli, stali w ruinach jakiegoś spalonego czy też niedokończonego w budowie domu, trudno to było ocenić w ciemnościach…


I na tym przygoda się skończyła. Dzieci były zadowolone, zaskoczone, przejęte i tak dalej. Trudno było je położyć do łóżek.

Za każdym razem, kiedy do nich przychodzę, zadają standardowe, uniwersalne pytanie do swojego Mistrza Gry – „Kiedy gramy?”.

A teraz (w czasie pisania tego tekstu ze dwa tygodnie temu) jesteśmy w trakcie przygody „Cień Komety”, na podstawie gry przygodowej – „Call of Cthulhu: Shadow of the Comet”. Zmodyfikowałem ją odpowiednio, żeby nikt w niej nie umarł i żeby poziom strachu był minimalny. A historia to ciekawa…


Stary Wujek

Pani Natasza - piosenkarka



Pan Prustaski - malarz