poniedziałek, 17 września 2018

Powrót na Pradawną Ścieżkę


Natura to potężna, niezbadana, obdarzona kosmiczną wyobraźnią, nieskończenie pomysłowa siła. To cały wszechświat, rzeczywistość. Popełniła pierwszy i ostatni błąd, tworząc człowieka, który uzurpuje prawo do władania nią i zmieniania.
Gdyby nagle rasa ludzka zniknęła, nie minie nawet sto lat, a Natura cierpliwie zacznie odbierać co do niej należało od początków istnienia. Każdy człowieczy wytwór zostanie zasymilowany. W pył obrócą się wielkie, wymarłe miasta i każdy stworzony przedmiot. Po „człowieku rozumnym” nie zostanie nawet ślad.
Człowiek zaś Naturę - życie, piękno, magię, może posiąść, wykorzystać czy też zniszczyć w doskonale szybszym czasie.

Bardziej romantycznie byłoby zacząć od zdania, że po sześciu latach ponownie wkroczyłem na Pradawną Ścieżkę. Niestety nie mogę tego zrobić. Przez ten okres, codziennie widziałem jak marnieją jej właściwości magiczne. Cudowne miejsce zostało rozjechane pod kołami samochodów, zadeptane ciężkimi buciorami, zagryzione przez koparki. W ziemię wtłoczono kable i rury, zalano betonem i wyasfaltowano, a przy nowej ulicy ustawiono bloki mieszkalne. Wyrugowano magiczną aurę jak wiatr rozwiewa dym, albo Ty przeganiasz w kuchni Drosophila melanogaster znad owoców.
Nie mogłem powstrzymać tego procesu, ani w żaden skryty sposób go sabotować. Dokonało się. Prawa człowieka kiedy chodzi o pieniądze, w swojej intensywności i konsekwencji bywają nie do ominięcia. Deweloper zwietrzył okazje zajmując działki i budując nieruchomości. Ludzie dostali mieszkania, a przedsiębiorcy lokale użytkowe. Nowe miejsca mieszkania i pracy! Widzicie? Przecież nic złego się nie stało.
Pewnego wrześniowego dnia po godzinie 22 ustawiłem się na początku zgliszczy Pradawnej Ścieżki. Dokładnie w tym samym miejscu co kiedyś, wyznaczającej teraz środek ulicy. Pod stopami nie miałem piasku, ziemi a asfalt. Kończył się on kilka metrów za moimi plecami. Gdybym zajmował się polityką, pewnie przez gardło by mi nie przeszło, że bardziej podoba mi się lewa strona, gdzie tak jak dawniej, znajduje się stary, pordzewiały płot, zza którego wystają liście rosnących na całej długości zdziczałych mirabelek. Po prawej zaś znajdują się wspomniane wcześniej bloki mieszkalne, a na chodniku ciasno zaparkowane auta.
Zamykam oczy i staram się przywołać widmo przeszłości. Wówczas było ciemno, otaczające swym ciepłem i żadnego człowieka w pobliżu. Teraz uliczne latarnie dokładnie oświetlają każdy skrawek terenu zimnym, pomarańczowym światłem. Uniosłem głowę próżno szukając blasku gwiazd. Kiedy spojrzałem przed siebie, wyraźnie widziałem koniec wędrówki. Zaznaczała ją sygnalizacja drogowa. Trzy światła łypały naprzemiennie, bezdusznie kierując krwiobiegiem miasta.
 Można łatwo sprawdzić, rzekłbyś domowym sposobem, czy jakiś teren ma zaczarowane właściwości. Wystarczy w nocy zapalić tam lampę naftową i spokojnie obserwować co się wydarzy. Jeżeli do źródła światła przylecą tłuste ćmy i zaczną swój szalony taniec, obijając skrzydełkami o ciepłe szkło, jest to potwierdzeniem nadzwyczajności terenu. Przy latarniach, na które patrzyłem kilka chwil temu nic nie latało.
 Zrobiłem pierwszy krok. Drugi, trzeci i następne. Już nie spotkam w tym miejscu osobliwych, bajkowych postaci, a zwykłych ludzi. Z klatki schodowej wychodzi mężczyzna. Białe buciki bez skarpetek, krótkie spodenki w tym samym kolorze i koszulka w drobną, czerwoną kratę. Przed nim biegnie mały piesek. Być może są straszniejsze rzeczy od „standardowych” maszkar z mitycznych światów?  
 Idąc dalej nie spotykam nieopisanych przedmiotów, a jedynie te doskonale znane, które wysypują się z przepełnionych koszy na śmieci, stojących w zadaszonej altanie. Plastikowe butelki, reklamówki, kartony po sokach, a nawet zepsuty, nowy fotel nie mają do opowiedzenia żadnej historii.
 Idę wolnym krokiem. Nie chcę przeoczyć niczego, co pochodzi z tamtych czasów. Słyszę muzykę i zapach jedzenia, smażonej kiełbasy. Czyżby tak jak i kiedyś, ścieżka odczytywała moje pragnienia i drwiła? Była skarbcem marzeń. Uśmiecham się, ale grymas szybko znika z mojej twarzy. Muzyka jest, ale typowo nie taka, której słucham, za to kiełbasa owszem, grillowana. Ktoś zrobił sobie wieczorny piknik na balkonie.
Kiedy w 2013 roku oddano bloki do użytkowania, moją uwagę przykuło jedno mieszkanie na ostatnim piętrze. Zawsze, do późna w nocy świeciło się w nim światło. Pisałem o tym w opowiadaniu „Okno”. To jedyne miejsce, które lubię, chociaż nie mam większej ochoty sprawdzić co się w nim naprawdę dzieje.
Kroczę dalej. Niczego już tutaj nie doświadczę, zaraz koniec podróży. Musiałem zejść z ulicy na chodnik i przepuścić dwa auta.
 Błyskają reklamy, słabe światła tlą się wewnątrz lokali usługowych. Godzina jeszcze młoda, brakuje w tym miejscu otwartego o tej porze klubu fitness, gdzie młodzi ludzie zmniejszają pojemność tyłków wprost proporcjonalnie zaniedbując wyobraźnię.

Wydaje się, że oprócz rozsypującego się płotu po lewej, jestem najstarszym wytworem. Teraz to ja jestem Pradawny! Ubrany na czarno, ze związanymi, długimi włosami, zarośnięty, człapię kulejąc na jedną nogę. Usłyszałem ostatnio od pewnego dziecka, że muszę być z Czarnobyla, skoro lubię takie kolory. Jestem Dinozaurem. Reliktem Przeszłości.
 Niewiele jest osób, które pamiętają to miejsce, jakim było jeszcze kilka lat temu. Niedługo i oni o nim zapomną. Jedynymi świadectwami tego, co tu miało miejsce, będą trzy teksty w Internecie, zdjęcia i film. Jednak i to nie będzie łatwo dostępne, zakryte warstwą codziennie tworzonych, nowych informacji. Czy któryś z mieszkańców mijanych bloków kiedyś powie: "Wiecie, mieszkałem na obszarze, które kiedyś było magiczne?”. Czy któregoś z robotników nawiedzają sny i ma wyrzuty sumienia, że zniszczył magiczne miejsce? Pradawna ścieżka już nie przeczyta Ciebie. Nie wyjawi o Tobie prawdy.
Ale Ziemia nadal pędzie przez Kosmos. A on ma większą fantazję niż możemy to sobie wyobrazić.