czwartek, 28 czerwca 2018

Drzewo



Myślę, że mam już tyle lat, że dawno wyrobiłem w sobie pewne nawyki i często dążę do sytuacji i czynności, które sprawiają mi przyjemność, czyniąc życie bardziej ciekawym i kolorowym. To w nich upatruję stabilności, spokoju i szczęścia. Mało tego, czasami do swojego świata zapraszam innych i pokazuję czym można się ekscytować. Ale nie byłbym sobą, zgodnie z moją dewizą - "Trzeba rozszerzać swoje horyzonty na tematy wszelakie! Poznawać opinie i zdania innych ludzi. Należy wypracowywać na sam koniec własne osądy! A już wypracowane i tak poddawać testom" i nie podjął się poznania obcej mi, lecz dla tysięcy ludzi, rzeczy naturalnej, która nakręca ich – jak mniemam pozywanie, a mianowicie – kultury przechadzek i zakupów w dużych galeriach handlowych. 

***

Podobno 15 minut codziennego spaceru wpływa korzystnie na nasze ciało i dobre samopoczucie. Dlatego każdego dnia, zamiast kwadransa, drogę do pracy pokonuję pieszo, co zajmuje mi około 2 godzin. Kilka razy więcej niż ta niewielka norma. Wiadomo, w zdrowym ciele zdrowy duch. I muszę przyznać, że jest to jest jedyna forma mojej aktywności ruchowej. Nie jeżdżę na rowerze, bo go nie mam, za często się przeziębiam żeby korzystać z basenu, nie biegam, gdyż nie lubię. Nie pozwalają mi na to również moje chore kolana. Spokojny chód wystarcza w zupełności.

Kiedy wyruszałem z domu do pracy na nocną zmianę, moim jedynym zmartwieniem było to, że nie włożyłem na głowę czapki z daszkiem. Nie mogłem jej nigdzie znaleźć. Tego dnia było chłodno i wiał przenikliwy wiatr, jakże odmienna pogoda po kilku tygodniach upałów i suszy. Będąc na dworze okazało się, że zaczął dodatkowo siąpić delikatny deszcz. Gdyby zaczął padać mocniej, wyjąłbym parasolkę, którą zawsze mam w plecaku. Deszcz nie stanowi dla mnie problemu.

Pierwszą część drogi pokonałem busem, dojeżdżając do miasta, w którym pracuję. Następnie zacząłem spokojną, pieszą wędrówkę, w czasie której miałem mnóstwo czasu na rozmyślania o problemach egzystencjalnych, nowych opowiadaniach, intrygach lub nie myślałem wcale, starając wyzerować emocje. Tym razem moja głowa zaprzątnięta była pismem, opinią o moich państwowych dzieciach, którą musiałem przygotować dla sądu. Chcąc przedstawić obraz sprawiedliwie, w myślach budowałem tysiące zdań.

Od czasu wyjścia z domu, nieprzerwanie, słuchałem wieczornej audycji radiowej w Trójce. Jazz w połączeniu z hiphopem dla myślącego człowieka nie jest źródłem inspiracji i zachwytu, ale kakofonia podziałała na mnie w tak przygnębiający sposób, że nogi same mnie niosły do celu, a ja kompletnie wyłączyłem się z życia. A przecież na telefonie miałem kilka albumów Kinga Diamonda. Kroczyłem wąskimi osiedlowymi uliczkami, zielonymi skwerkami, a nawet przeciąłem niepilnowany przez nikogo plac budowy. 

Zrobiło się zimniej i pomimo, że była wczesna pora, ołowiane chmury zakrywały całe niebo i przedwcześnie zapadł zmrok. Byłem akurat w połowie ostatniej prostej, zmęczony już i zniechęcony wędrówką. Zniecierpliwiony czkałem na wejście do galerii, aż coś kazało mi się nagle zatrzymać. Przystanąłem i bez żadnego nakazu uniosłem głowę do góry. Z mojej lewej strony rósł szpaler starych, wysokich drzew, które pamiętam jeszcze z czasów dzieciństwa. Dlaczego się zatrzymałem i uniosłem wzrok do góry? Gałęzie drzewa, pod którym stanąłem mocno się trzęsły, jakby walczyło w nich stado małp lub było domem wariatów hordy ptaków. Jednak żadnych zwierząt tam nie było. Niczego nie zauważyłem, lecz gałęzie trzęsły się jakby ktoś poruszał wiotkim, brzozowym drzewkiem. Pomyślałem nawet, że o czymś takim już wcześniej czytałem w pięknym opowiadaniu Lovecrafta pt. „Kolor z przestworzy”. Przypomniałem sobie cytat i wydarzenie z pamięci:

„Pani Gardner również to zauważyła patrząc przez okno na ciężkie gałęzie klonu na tle księżycowego nieba. Gałęzie najwyraźniej się kołysały, choć wcale nie było wiatru, to na pewno z powodu podziemnych soków.

Usłyszałem ciche skrzypnięcie i wysokie drzewo rymnęło około trzech metrów ode mnie. Plątanina gałęzi i liści, które od dawna, z bliska nie widziały człowieka, leżała na teraz mojej drodze, chodniku i prawie całej ulicy szybkiego ruchu.  
   
Od dźwięku pękającego drzewa, aż do jego upadku, nie minęła dłuższa chwila, w której można było w jakiś sposób zareagować. Takie: „Uwaaaga, drzeeeeewo leeeeci,” a ono majestatycznie przewraca się jak w telewizji, po precyzyjnej pracy drwala. To była sekunda. Drzewo… po prostu się zjebało całą swoją długością. Niczym źdźbło trawy wygięło metalowy płot, ale nie usłyszałem żadnego metalicznego dźwięku. Ciężar nie zmusił metalu do ostatniego sapnięcia.  

Chciałbym żebyście wiedzieli.. że odczułem w tamtej chwili nieopisane zażenowanie, chociaż brew nad okiem mi nawet nie drgnęła. Nie chciałem żeby widać było po mnie jakąkolwiek reakcje. Co za wstyd, że taka sytuacja musiała mi się przydarzyć. Chwilę później dałem upust nerwom i obraziłem matki bliżej niesprecyzowanych osób... Spojrzałem kątem oka na skamieniałych ludzi na przystanku autobusowym po drugiej stronie ulicy, w górę i za siebie, wiedząc, że nie ma się co wracać. Gdybym miał krawat to bym go wówczas poprawił. Ściągnąłem jedynie bluzę i przedarłem się poprzez gałęzie, na drugą stronę powalonego drzewa, o nieznanym mi gatunku, brudząc sobie na udach spodnie. „To nawet nie nadaje się na opowiadanie” – pomyślałem. 

Gdybym się nie zatrzymał, to trzy sekundy później byłbym już miazgą kości i mięsa. Dlatego postanowiłem iść do przodu, nie ulegać strachowi, chociaż przede mną została druga połowa drogi, blisko morderczych drzew. Ale nic już więcej na mnie nie spadło, chociaż cały czas o tym rozmyślałem. Szedłem pod mostem, mógł na mnie zwalić się tynk. Mijałem znaki drogowe, które obserwowały mnie w milczeniu, gotowe zatopić w moim ciele swoje blaszane, podrdzewiałe tablice. Już nawet sprowadziłem na swoją głowę samolot pasażerski. „Ale upadające na mnie drzewo? Czy będę długo o tym myśleć? Ile dni, tygodni, zanim uporam się z myślą, że byłem tak blisko śmierci?. Dlaczego przystanąłem? A może zobaczyłem ten chory i spazmatyczny ruch gałęzi nade mną? Boże, gdybym miał czapkę z daszkiem to bym tego nie uchwycił.” – potok myśli koncertowo wygrywał kolejne wizje w moim mózgu.

Chyba, że to ma jakiś inny sens? Bo przecież cała otoczka zupełnie do mnie nie pasuje. Może „Coś” chciało, żebym nie udawał się na shopping. Rzeczy nie w moim stylu. Siły Wyobraźni zwarły szeregi i przedsięwzięły odpowiednie kroki, by nie tracić człowieka obdarzonego fantazją, który postanowił bezmyślnie nurzać się w zgniłej normalności, spotykać zepsutą młodzież w ciasnych ubraniach, niewielkich skarpetkach, ukazujących kostki, noszących błyszczące czapki z płaskim daszkiem, okulary przeciwsłoneczne o kolorowych oprawkach, których nie zdejmują nawet w pomieszczeniach… Czuję, że chciano mnie uchronić od całej tej wesołej gawiedzi konsumentów kupujących zbędne produkty.

Nie tędy droga! Nie przejdziesz – rzekł pradawny Ent. I poświęcił się by mnie ratować.

A ja to doceniam!