środa, 9 maja 2018

Amen: Dziad III



Wydarzenia ostatnich dni, sprawiły, że radykalnie zmieniłem pogląd na swoje życie. Znacie mnie jako sympatycznego człowieka, ale ja myślałem o sobie w zupełnie innych kategoriach. Pomimo wrodzonej dobroci i wrażliwości oraz naturalnej chęci niewyróżniania się i niesprawiania innym kłopotów, w głębi ducha uważałem, że jestem niedostosowany do świata, nieporadny w działaniach, czy nawet wręcz tchórzliwy i świszczypała.

Nigdy wcześniej, nie zwierzałem się nikomu z tych refleksji, nie chcąc wzbudzać niepokoju, a jedynym powiernikiem moich odczuć był Księżyc, któremu w czasie gorszych i bezsennych nocy, bezgłośnie się spowiadałem.

Jednak dopiero wczoraj uświadomiłem sobie, że wszystkie sprawy, które męczyły mnie przez ostatnie lata, zaczynają być czytelne, układają się w całość i stają się bardziej kompletne, chociaż jeszcze nie zrozumiałem do czego ostatecznie może mnie to wszystko doprowadzić.

Kilka z tych historii, które chce teraz przytoczyć zapewne znacie, bo opisywałem je w swoich dziennikach, o innych jeszcze nie wspominałem przez skromność lub, wydawało mi się wówczas - pozorną ich błahość. Wszystkie sytuacje, których doświadczyłem, wydarzyły się na przestrzeni kilkunastu lat. Za chwilę sami ocenicie i być może również dojdziecie do wniosku, że sprawy te są niezwykłej wagi i są uciążliwym, a niekiedy bolesnym elementem mojego życia?

Bo czyż w czasie siedmiogodzinnego ataku kolki nerkowej, który miałem w pracy na nocnym dyżurze, nie chciałem prosić nikogo o pomoc? Powodowane to było nie tylko moją nieświadomością zagrożenia dla zdrowia, mimo wielkiego bólu. O wiele ważniejszą kwestią w tamtej chwili była niechęć do opuszczenia stanowiska pracy i pozbawienia tym samym dzieci należytej im opieki. A później, nad ranem, chociaż wykończony, czy nie odmawiałem przyjęcia oferowanej pomocy, a zgodziłem się na nią, jedynie przez wzgląd na unikanie zbędnych rozmów i stawiania współpracowników w kłopotliwej sytuacji?

A czy w tamtym roku, kiedy wychodziłem do pracy i na schodach zerwałem wiązadło krzyżowe w kolanie, doprowadzając również tym samym do bolesnego upadku, czy nie zważając na to, że nie mogłem chodzić, nie stawiłem się o czasie w pracy, odległej o 35 km od mojego miejsca zamieszkania? Ból był nie do zniesienia, kuśtykałem i powłóczyłem nogą, a jedyną myślą, która roiła mi się w głowie była – „Jak poradzę sobie z wysiadaniem z autobusów”? Na przekór urazowi, udało mi się  dokończyć dyżur. Jednak nie to było najgorsze. Przez następny miesiąc męczyłem się, starając nie zażywać środków przeciwbólowych, zastanawiając się, wyzbywszy się rzecz jasna pesymistycznych myśli, czy kiedykolwiek stanę na nogi, bo żaden lekarz przez ten okres nie był w stanie powiedzieć co mi dolega. Z tą nogą mam problemy od 20 lat, zaczęło się od martwicy kości w kolanie…

W ostatnich dniach, miałem stan przedzawałowy, odczuwałem charakterystyczne symptomy, mocny ucisk w klatce piersiowej i towarzyszący mu ból w rejonie ramion, szyi i żuchwy, co powodowało trudności z mówieniem i nudności, trudności w oddychaniu, zawroty głowy i pocenie się. To, czy zamiast prosić o pomoc, nie zastanawiałem się czy nie zaparzyć sobie pokrzywy, która pomaga mi w zmniejszaniu alergii, czy lepiej napić się drugiej kawy? Bo co miałem powiedzieć: „Halo! Przepraszam. Zaraz być może będę miał zawał” Przecież moi potencjalni wybawcy i tak nie wiedzieliby co zrobić. Dlatego musiałem cierpliwie przeczekać…  A kiedy ten stan stał się mniej intensywny, w trosce o dobre samopoczucie innych, kiedy jednak przyznałem się, że źle się czuję, nie przyjąłem łaskawie (łaskawie!) suplementu diety - małej pastylki środka ziołowego na uspokojenie?

Wspomniałem alergię. Czyż nie męczę się z nią praktycznie przez cały rok, za wyjątkiem krótkich zimowych dwóch miesięcy? (kiedy dopada mnie wówczas wysoka gorączka i przeziębienie) Przekrwawione i załzawione oczy, świąd, obrzęk powiek,  apatia, kichanie, smarkanie, ból gardła, kaszel, duszność, świszczący oddech - co często mylone jest przez ignorantów z zaniedbaniem, a nawet pijaństwem, a może i o zgrozo! z narkomaństwem?  

A dawniej... sytuacje, które już znacie, w których ćwiczyłem cierpliwość i wytrzymałość, co jak mogliście przeczytać powyżej, zaowocowało. Niech przypomnę tylko dwie z nich, że nie kupowałem wody w czasie upałów i świeżego pieczywa, kiedy byłem głodny i daleko od domu, wiedząc, że po powrocie czeka na mnie chleb z poprzedniego dnia?

Czyż to wszystko nie układa się w całość i nie świadczy przede wszystkim o sile mojego charakteru, byciu ascetą, wyzbyciu się pazerności, męczeństwie i poddawaniu mnie próbom, z których za każdym razem wychodzę wygranym? Czyż nie jestem osobą niezwykłą? I w tym miejscu nie chcę się wywyższać ani chwalić, bo nadal jestem najskromniejszym człowiekiem naszych czasów, a jedynie sprawiedliwie stwierdzam fakty. Będę świętym...