sobota, 30 grudnia 2017

Opowieści Grozy z Janowa Lubelskiego

Opowieść Pana Władysława, lubelskiego regionalisty, dziennikarza i historyka. Autora licznych książek poświęconym zagadkowym epizodom historii Polski, a w szczególności Lubelszczyzny.   

Comiesięczne spotkania z dziećmi i młodzieżą w Dom Kultury w Janowie Lubelskim. Rok 1997 r.   

Panie Władysławie, prosimy o opowiedzenie nam historii, ale  takiej, której można się przestraszyć. 
- No.. To może opowiem Wam o tym, co jakiś czas temu, wydarzyło się w naszej okolicy.
- Taaak…!


Kilkanaście lat temu mieszkał w naszym miasteczku dwunastoletni chłopiec. Ładniutki był z niego dzieciaczek, ale straszny łobuz i nerwus. W szkole nie umiał porządnie się zachować, na lekcjach cały czas go nosiło, wstawał, chodził między ławkami, opuszczał sale, istnym był utrapieniem dla nauczycieli. Kiedy się zdenerwował bił inne dzieci, kopał meble i uderzał rękami w ścianę. W drodze do i ze szkoły rzucał kamieniami w przechodniów, przeklinał, pluł i śpiewał brzydkie piosenki, trzeba było go w końcu wozić autem. Nikt nie wiedział jak sobie z nim poradzić, gdyż jak „sam diabeł w niego wchodził” był nie do zatrzymania. Lekarze ze Szpitala Neuropsychiatrycznego w mieście wojewódzkim również nie potrafili mu pomóc. Wszyscy byli bezradni. Pewnego dnia chłopiec wpadł w furię, bo któreś z rodzeństwa zjadło mu kawałek czekolady. Szarpał się, wył potępieńczo i wymachiwał rękami.  Krzyczał, że się zabije. Już nawet wezwano karetkę pogotowania ratunkowego, ponieważ obawiano się, że zrobi sobie krzywdę. Niestety chłopcu udało się wyskoczyć przez okno i uciekł z domu. Pobiegł na boisko piłkarskie i zaczął pięściami bić w ziemię i ją rozgrzebywać. Trwało chwilę, zanim rodzice i sąsiedzi do niego dobiegli, ale on zdążył już wykopać ogromny dół, który go pochłonął. Kiedy dorośli się nad nim pochylili, poczuli smród siarki, gorące wyziewy buchnęły im w twarz i usłyszeli czarci śmiech. Tuż obok boiska trwała właśnie budowa domu jednorodzinnego. Z obawy przed wychynięciem z jamy piekielnych pomiotów diabła i kozy, na taczkach przywieziono stamtąd beton i dziurę zalano. Do dzisiaj można oglądać to miejsce.


- Pewien mężczyzna opowiedział mi bardzo ciekawą historię. Najpierw mu nie wierzyłem, ale po jej zbadaniu, zmroziło mi krew w żyłach. 


W pewnym domu wielorodzinnym, nocą, gdy wszyscy śpią, chodzi duch chłopca. Chodzi to złe słowo, on biega. Nawet po śmierci. Dobry to był chłopiec, grzeczny i uczynny, nie to co ten poprzedni. Brał się za każdą pracę, którą chciał skończyć jak najszybciej. Jego pasją była szybkość. Biegał do ubikacji, szkoły i służyć na mszę świętą do Jana Chrzciciela jako ministrant. Nie mógł się zatrzymać. Wieczorami, chodził na boisko obok liceum i przez godzinę robił kilkanaście rundek.  Trwało to latami. Bardzo kochał to robić. Aż pewnego razu chłopiec długo nie wracał do domu. Było ciemne, jesienne popołudnie, ulice spowiła ciężka mgła. Rodzice i sąsiedzi chłopca wzięli latarki i ruszyli na poszukiwania. Szybko udało się znaleźć jego zwłoki. Ku przerażeniu wszystkich, cały czas się ruszały. Biegał nawet po śmierci. Sekcja zwłok wykazała ogólne przemęczenie organizmu. Postanowiono pochować młodego biegacza w betonowym sarkofagu na terenie boiska szkolnego, na którym za życia lubił przebywać. Czasami w nocy słychać stukot. To kości chłopca obijają się o ściany grobu. Mężczyzna, który opowiedział mi tę historie, w każdą bezksiężycową noc, wielokrotnie widuje wychodzącą z domu srebrzystą zjawę, która później zalicza kolejne okrążenia po szkolnym torze do biegania.  


- Mam dla Was jeszcze inną historię. Usłyszałem o niej niedawno, ale pewnie niektórzy z Was wiedzą o kogo będzie mi chodziło. 


Mieszkał tu dawniej pewien chłopiec. Żadne dzieci się z nim nie chciały bawić, bo głupi był niemiłosiernie. Chłopak wówczas uwielbiał spędzać czas wśród dorosłych, słuchać o czym rozmawiają i przytakiwać im, nawet w sprawach, o których nie miał pojęcia. Mówiono na niego „stary maluśki”. Wieczorami siadał przed oknem i godzinami wyglądał na zewnątrz. Może teraz już mi zupełnie nie uwierzycie, ale któregoś razu porwali go kosmici. Od miesięcy, kiedy przelatywali nad naszym domem, obserwowali go i postanowili w końcu go przebadać, jako zapewne: „interesujący okaz ludzkiego gatunku”. Kiedy tylko znalazł się na statku kosmicznym i poddany został penetracji wszystkich… części ciała, a telepatycznie dostano się do jego mózgu, nic nie ujrzano. Pustkę! Zero jakiejkolwiek myśli. Kosmici przestraszyli się tego i oddali go następnego dnia. A chłopiec… do tej pory w sumie stoi przy oknie. Wiecie o kogo chodzi? No, ale nic mu nie mówcie!


- Tym razem historia również nie z naszego miasta, ale wydarzyła się  w Muzeum Wsi Lubelskiej. 


Kiedyś, bardzo dawno temu, jeszcze Was na świecie nie było, żyła w naszym mieście dziewczynka. W pierwszych dniach ferii zimowych, szkoła zorganizowała wycieczkę do Skansenu. Zaplanowano pieczenie kiełbasek nad wielkim ogniskiem, zorganizowanie kuligu, lepienie bałwana, rzucanie śnieżkami, a przede wszystkim zwiedzanie starych chat. Z naszego miasta wyjechało kilka autokarów. Pod koniec wszystkich atrakcji, kiedy już się zaczęło ściemniać, niektóre dzieci, postanowiły pobawić się w chowanego. Zabawa podobno była świetna, można było się wściekać i kryć w przeróżnych miejscach, a rodzice oraz pracownicy muzeum nie krzyczeli, że robi się przy tym bałagan. Nasza mała bohaterka schowała się w kuchennej ławie w jednej z chałup. Weszła pod otwierane siedzenie, gdzie kiedyś trzymano przeróżne szpargały i cichutko czekała, aż ją ktoś znajdzie. W tym czasie temperatura powietrza gwałtownie się obniżyła i trzeba było wracać do autokarów, które zaczęły już powoli odjeżdżać z największymi zmarzluchami. Gdy zorientowano się, że nie ma dziewczynki, szybko zaczęto ją szukać. Ale mała spryciula jedynie uśmiechała się w ciemnościach i nic nie odzywała, nawet kiedy dorośli krzyczeli żeby wychodziła, bo zabawa dawno się skończyła. Nie chciała im uwierzyć, przeczuwała podstęp. Jeszcze nigdy, nikt tak dobrze jak ona, nie znalazł kryjówki. Dorośli bezskutecznie przeszukując pomieszczenia, pomyśleli, że dziewczynka chyba jednak odjechała wcześniejszym autokarem, a że komórek wówczas nie było, to sami rozumiecie, trudno było się porozumieć. Kiedy wycieczka wróciła do Janowa, zaniepokojeni rodzice wezwali policję. Wszczęto poszukiwania. Lubelscy policjanci udali się na teren skansenu i po wielu godzinach poszukiwań odkryto w narożniki małe, zamarznięte zwłoki. Na twarzy  trupika zastygł uśmiech triumfu. Koooniec.    

- Panie Władku, boimy się.
- Powinniście.