niedziela, 24 kwietnia 2016

Aktywny w Szaleństwie ...i ZeeRRuuM 13





Stary zegar z upartą kukułką, wiszący na ścianie pokoju w końcu wyrwał mnie ze snu. Mechaniczny dźwięk przypominający wołanie ptaka słyszałem już tyle razy, że przestałem na niego reagować. Gdybym wiedział, że dźwięk budzącego zegara warunkuje mnie na miłe przeżycia, być może cieszyłbym się bardziej z nastania nowego dnia.

Zsunąłem się leniwie z łóżka. Okręciłem wokół siebie kilka razy, rozprostowując wszystkie kończyny. Dopiero teraz otworzyłem oczy i przetarłem twarz. Nienawidziłem jej. Całe szczęście, że nie miałem lustra. Przyrzekam, rozbiłbym go na tysiące kawałków, byleby nie patrzeć na swoje oblicze. W trakcie toalety, przemywając twarz w misce zimnej wody, za każdym razem zamykałem oczy. Kolejnym porannym rytuałem było domknięcie zacinających się drzwiczek domku kukułki i nakręcenie znienawidzonego zegara. Jedyne co mi dawał, to iluzoryczne poczucie czasu, odmierzając sekunda po sekundzie moje bezwartościowe istnienie.

Mój dom – tak zwykłem mówić o tej dziwnej konstrukcji, w środku której znajdowały się przedmioty całkowicie niepasujące do siebie i nie mające żadnych użytecznych funkcji. W pomieszczeniu, które określałem jako salon „dla gości”, pełniące również rolę sypialni, stało różowe, dość twarde, plastykowe łóżko okryte szarą kapą z syntetycznego materiału. Była tu również nocna szafka z dwoma, wiecznie pustymi szufladami i duży stół z kompletem krzeseł - zupełnie mi nie potrzebnych. W kuchni stały meble, które żywo przypominały te, znajdujące się w sklepowych katalogach z zabawkami dla dzieci. Toaleta nieczynna. W tym miejscu można powiedzieć najzupełniej szczerze – zwykła atrapa. Wszystkie czynności fizjologiczne musiałem wykonywać poza domem.

Co innego mogę powiedzieć o mojej skromnej kolekcji przedmiotów służących do badań prawideł natury i budowy mechanicznych konstrukcji. Pierwszy zestaw, składający się między innymi z kociołków, tygli, piecyków, retort, trójnogów, bagietek, wag, termometrów, gogli, ampułek i buteleczek – istnego wyposażenia pracowni alchemicznej – rozlokowałem w salonie na stole. Potrafiłem wykonywać badania godzinami. Jedną ręką wlewałem płyny do kolb, drugą podkręcałem palnik… a trzecią drapałem się po głowie, gdyż nie mogłem zrozumieć dlaczego za każdym razem nie wychodziło mi to, co chciałem osiągnąć. Zamiast tego tylko coś syczało, buchało lub topiło się.

Drugi zestaw - do mechanicznych konstrukcji - znajdował się w małym warsztacie obok salonu. Tutaj również mogłem przebywać godzinami, tworząc dziwaczne wynalazki. Łączyłem ze sobą stare, zniszczone koła zębate, kawałki metalu, drutu. Z wykorzystaniem substancji sporządzonych w pracowni obok, wprawiałem to wszystko w ruch. Oprócz wartości estetycznych, niestety nie miały żadnych innych zastosowań.

Wyników badań i odkryć nie zapisywałem w notatnikach czy marginesach ksiąg, ponieważ nie umiałem pisać. Sporządzałem w nich natomiast, skromne graficzne schematy z dokonań.

Codziennie po porannej toalecie, zjedzeniu wielkiej kupy smakowitości na śniadanie, zakładałem na głowę malutki, ale gustowny cylinder, bacząc uważnie by nic mi nie przygniatał. W jedynym, naturalnie lśniącym, czarnym garniturze wychodziłem wówczas na zewnątrz domu. Chciałbym powiedzieć, że rozpościerał się przede mną piękny widok zielonych pól i odległych lasów leżących u szczytów wiecznie zaśnieżonych gór. Jednak nie dane mi było tego oglądać. Skwerek przed domem wyłożony był drobnym piaskiem, żwirkiem, tłustą ziemią, plastykową imitacją kamieni i płatami lekkiego materiału, który podrzucony, wolno opadał ku ziemi… Obok domu stało dziwne, powykręcane drzewo, o którym nie mogę powiedzieć nic więcej niż to, że przyciągało do siebie kurz. Nigdy nie słyszałem świergotu ptaków, buczenia owadów i nie czułem słodkich zapachów natury. Nie było zmian pogody, pór roku, a temperatura była zawsze jednakowa.

Niewielki teren posesji ogrodzony był z każdej strony matową, nieprzezroczystą i gładką taflą materiału, który w dzień był jasny, a w nocy ciemny, z małymi punkcikami nikłego światła w kolorze czerwonym i niebieskim. Podczas pierwszych dni pobytu w tym miejscu, próbowałem zrobić podkop, jednak tajemnicza, oszlifowana zapora, sięgała nieznanych otchłani ziemi. 

Same pory dnia i nocy też wydawały mi się umowne. Pewnego razu obudziłem się w ciemnościach przed wrzaskiem kukułki. Zanim nastała całkowita jasność, światło musiało kilka razy silnie rozbłysnąć. Nie wiedząc co to może oznaczać, postanowiłem przez pewien czas nastawiać budzenie na wcześniejszą godzinę. Za każdym razem rano, dziwne zjawisko powtarzało się. Któregoś dnia, w godzinach popołudniowych, nierównomierna gra światła i ciemności trwała przez kilkanaście minut.

Bardzo często wspominam życie, które wiodłem z dala od tego miejsca… Długie wędrówki po świeżej trawie, soczystej glebie, wśród pędów rosnącego, dojrzałego zboża. W poszukiwaniu przygód i pyszności zapuszczałem się w każdy rejon ekosfery – od czubków drzew do wilgotnych, przyjemnych korytarzy wydrążonych w ziemi. Aż pewnego wiosennego wieczora, wylegując się na rozgrzanym ciepłem słonecznym kamieniu, spoglądając hen przed siebie, ujrzałem na horyzoncie wielką kulę oślepiającego światła. Zaskoczony i przestraszony, instynktownie skryłem się w głębokiej jamie i tam postanowiłem przeczekać tę osobliwość. Ocknąłem się dopiero w tym miejscu.

Teraz, jedyne co mi pozostało, to kilkunastominutowe spacery wokół domu, marzenia o roślinności w ogródku i kąpielach w cieple słonecznego światła. W kuchni odsuwam pokrywę w podłodze, gdzie co dwa dni znajduję jedzenie, nowe przedmioty oraz książki i tablice edukacyjne. Każda z tych rzeczy opakowana jest szczelnie w materiał, na którym narysowane jest logo – biała zębatka z cyfrą trzynaście pośrodku.

Protokół obserwacyjny numer: 170784 (fragmenty)
Obserwowany osobnik nie wykazuje żadnych zmian fizycznych związanych z otrzymaniem dużej dawki promieniowania, wynikającej z wybuchu jądrowego.
[…] Nie zdobyliśmy informacji o cechach obronnych organizmu, które uchroniły go od śmierci.
[…] Nie zauważa się wzrostu ilorazu inteligencji w porównaniu z innymi przedstawicielami gromady – stawonogów, po rocznym podawaniu zmodyfikowanego pokarmu typ - 29X10.
Rada Naukowa Trzynastego Schronu nie podjęła decyzji o dalszym losie wyżej wymienionego owada.

Uwagi:
Podtrzymano zalecenia, że nie należy potrząsać kulą śnieżną, gdyż źle wpływa to na zachowanie badanych obiektów.
Proszę nie zostawiać urządzeń elektronicznych na noc w trybie czuwania. Diody również zużywają prąd.
Każdą usterkę świetlówek, proszę zgłaszać niezwłocznie do konserwatora.