poniedziałek, 17 lipca 2017

Zima w Kaer Morhen


    Największym kłamstwem naszych czasów jest to, że wiedźmińska szkoła cechu Wilka – Kaer Morhen została zniszczona w ataku fanatyków. W jej wyniku mieli zginąć wszyscy wiedźmini – starzy i młodzi, a receptury na magiczne eliksiry zaginąć bezpowrotnie. Otóż szkoła nie została nigdy napadnięta, a ja jestem jednym z młodszych wiedźminów, który dopiero kilka lat temu ruszył na szlak.

    Cieszyłbym się z tego faktu całym sercem, bo to bardzo ciekawa praca, dająca wiele przyjemności, kiedy rzecz jasna zachowuje się należytą uwagę, gdybym nie musiał ślęczeć nad dokumentacją
i raportami z moich polowań na potwory.
    Dla człowieka, który w ręku ma fach do machania mieczem, a nie piórem, jest to uciążliwe i męczące zajęcie. Nie zgadzam się z opinią Vesemira, który stale, powtarza, że dokumenty te mają ogromną wartość edukacyjną. I w tej kwestii nie jestem odosobniony. Więcej informacji, popartych żywą gestykulacją i odpowiednim barwnym słownictwem przekazują sobie wiedźmini, opowiadający swoje historie kiedy tylko pojawi się ogień, mięsiwo i gorzałka. Czytanie wymęczonych raportów jest nużące i nijak się ma do stylistyki ze starych ksiąg w naszej bibliotece, chociażby takiej jak niesławne „Monstrum, albo wiedźmina opisanie”, w której stoi między innymi: „Zaprawdę, nie masz nic wstrętniejszego ponad monstra owe, naturze przeciwne, wiedźminami zwane, bo są to płody plugawego czarostwa i diabelstwa.”, albo „Zwodzą naiwnych, że niby ludzi bronią, że niby gwoli ich bezpieczności potwory zabijają, ale to też, dawno dowiedziono, że ku własnej to czynią uciesze, bo mord to dla nich przedni dywertyment.” I choć obraźliwe są to słowa dla nas, a wielu ludzi w nie wierzy, to i tak lepiej się to czyta niż niejedną „notatkę służbową”. Wiele podobnych fragmentów z ksiąg znam na pamięć, ktoś winien pomyśleć zatem, że i ja takim słownictwem operuję, ale nie jest to mówiąc szczerze prawda.
    Siedzę teraz na tarasie jednej z najwyższych wież naszego Siedliszcza. Wpatruję się na ptaki, spokojnie szybujące ponad widocznymi na horyzoncie, srebrzystymi siwymi górami. Niebo jest bezchmurne, chociaż za kilka dni początek zimy. Pomiędzy popielatymi wzgórzami bliższych pagórków obrośniętych lasem, wije się jedyna ścieżka prowadząca do naszej warowni. Prawie wszyscy już są. Powrócili na zimę. Oprócz jednego. Niedługo powinien się ukazać moim oczom. Tak myślę. Zawsze przyjeżdża jako ostatni. I nie musi nic pisać! Ale zanim się pojawi, mam nadzieję skończyć część raportów.

Raport Numer I
Zleceniodawca: Velerad
Miasto: Wyzima
Użyte miecze i inne bronie: Miecz srebrny
Użyte znaki: Ard
Eliksiry, oleje, petardy:  Olej przeciw Ornitoreptylom
Cel: Kuroliszek
Opis:
Na kuroliszka, zwanego skoffinem zasadziłem się nocą w krzaku, przed jego podziemnym legowiskiem na wschód od miasta. Wzięłem Wziąłem wyciągnąłem miecz srebrny wiedźmiński i...

    A zaraza! O masz! Nie dość, że jak zaczynam pisać to mi nie wychodzi, to i nawet powiedzenia mam mojego starszego… kolegi! 

Miecz pokryłem olejem przeciw Ornilekptylom Ornitoreptylom. Kiedy kuroliszka wyszła przed grotę, uderzyłem w go znakiem Ard i powaliłem go obaliłem go na ziemi. Podbiegłem na długość uderzenia miecza Zbliżyłem się do celu, bacząc na zagrożenie i żem dokonał dekapitacji ciąłem dwa razy precyzyjnie w grdykę, aby nie naruszyć skóry, za którą miałem obiecaną dodatkową zapłatę. Obciąłem Oporządziłem ciało kuro liszka uzyskawszy dobrej jakości trofea. Zwłoki zarzuciłem na konia, a za swoją pracę od zleceniodawcy otrzymałem 100 orenów temerskich.

     No i to powinno wystarczyć. Teraz zacznę opisywać polowanie na Fledera. To będzie dopiero trudne. Oprócz tego jak wykonało się swoją pracę, trzeba będzie napisać gdzie i w jakim stanie pozostawiło się truchło. Ale to musi zaczekać, bo oto niespodziewanie jedzie… moje słoneczko lipcowe.
    Jedzie wolniutko, spokojnie, bez zmartwień. Jedzie tak, bo wie, że już go wyczekują, niecierpliwią się żądni jego opowieści. Taki to ma dobre życie. Przyjeżdża ostatni i ma już przygotowane wszystkie raporty. Poetycko oprawione spisuje za Wiedźmina jego kompan. Weszli we dwóch we spółkę. Jaskier – bo tak wołają na tego towarzysza, jeździ z lub jak mawiają za wiedźminem po całym świecie. Poeta wykorzystuje swojego hardego kolegę do spisywania ballad i podrywania dziewczynek, które zaciekawione dziwolągiem ciągną i do niego. Później te ballady trafiają do raportów. Vesemir, jak zwykle zauroczony Geraltem pozwolił je opublikować, a księgi te, wyobraźcie sobie nazywają się „Ostatnie życzenie” oraz „Miecz przeznaczenia” Cóż za tytuły!
    Nie ma co ukrywać, wszyscy tutaj to czytamy, a młodzi wiedźmini, którzy dopiero uświadomili sobie co to znaczy być „dzieckiem niespodzianką”, najżywiej reagują na te historie.
    W sumie jeżeli chodzi o Geralta, to lepiej go czytać niż słuchać jak opowiada. Prawda, riposty ma cięte, ale nie potrafi przekazać i podkolorować historii, które ma spisane.
    Rozbawiły mnie szczegóły opisu walki z morską istotą w „Trochę poświęcenia”. Takich rzeczy w raportach się nie pisze, ale sami przeczytajcie: „Wiedźmin ujął miecz oburącz – prawą dłonią tuż pod jelcem, lewą za głowicę, uniósł broń do góry i nieco w bok, powyżej prawego ramienia.” Ale oczami wyobraźni czytelnik już widzi to napięcie przed walką. Sama walka i kręcenie mieczami pomiędzy falami oraz przeskakiwanie z nogi na nogę też wyszło brylantowo. Albo opis walki
z wijem w „Mieczu przeznaczenia” – „Geralt dwoma susami wpadł na polanę, w biegu wyszarpując miecz z pochwy na plecach, z rozpędu, biodrem, uderzył skamieniałą pod drzewem istotkę, odrzucając ją w bok, w krzaki jeżyn. Skolopendromorf zaszeleścił w trawie, zadrobił odnóżami i rzucił się na niego” Zadrobił nóżkami – a to dobre!
    Bardzo lubię opisy przedstawiające samego Gerlata. Ten z „Granicy możliwości” jest świetny:
Z dziury w rumowisku rozległ się grzechot kamieni, chrobot, po czym z ciemności wynurzyły się dłonie wczepione w poszczerbiony skraj muru. Za dłońmi pojawiły się kolejno — głowa o białych, przyprószonych ceglanym miałem włosach, blada twarz, rękojeść miecza, wystająca znad ramienia. Tłum zaszemrał. Białowłosy, garbiąc się, wytaszczył z dziury dziwaczny kształt, cudaczne cielsko, utytłane w pyle przesiąkniętym krwią. Dzierżąc stwora za długi, jaszczurczy ogon, rzucił go bez słowa pod nogi grubego wójta” Nie mówicie nikomu, ale są wśród nas wiedźmini, którzy będąc na szlaku farbują sobie włosy na biało, żeby upodobnić się do swojego idola. Poważnie! Sam przyuważyłem kolegę w pewnej karczmie, w której zatrzymałem się na popas. O mało co nie ujawniłem się, kiedy na jego widok wybuchnąłem śmiechem. Uciekałem do wygódki tłumacząc się rozstrojem żołądka. Dobre jest też zakończenie powyższej sceny: „— Jak zwykle — powiedział, wyjmując trzos z rozdygotanych rąk wójta. - Nadstawiam dla was karku za marny pieniądz, a wy tymczasem dobieracie się do moich rzeczy. Nigdy się, zaraza z wami, nie zmienicie.” Albo to, kiedy Geralt użala się nad sobą, co ma uświadomić czytelnikom, że mutant bywa bardziej ludzki niż niejeden człowiek: „Jadę z nimi, bo jestem bezwolny golem. Bo jestem wiecheć pakuł gnany wiatrem wzdłuż gościńca.” Aż się wzruszyć można.
    W innym miejscu też jest ciekawie. Kiedy to niby spotkał Visenne – swoją matkę, która mu odradzała branie halucynogenów. Bo „halucynacje nie leczą. Niczego! Zupełnie zgadzam się
z matką Geralta.
    A jak pokrętnie opisał polowanie na złotego smoka. Co by nie powiedzieć, udał mu się ten wpis. Pewnie przejdzie on dla klasyki: „Tam, przed nami, siedzi złoty smok. Żywa legenda, być może ostatnie i jedyne w swoim rodzaju stworzenie, jakie ocalało przed waszym morderczym szałem. Nie zabija się legendy.” Wzbudza to odpowiednie emocje, radość z obcowania z tajemniczym pięknem, ogromny żal, kiedy rozwieje się mgła bajkowego mitu. A tak na poważnie ma to zamaskować po porostu strach przed walką ze smokiem i porażką. Ale takiej gadziny to i ja bym nie ruszył. Chyba, że jakimś fortelem bym ją załatwił.
    Co ciekawe, bo nie wspomniałem o tym, co jakiś czas, a może sprawiedliwiej powiedzieć co drugą stronę czytamy o romansach i podbojach miłosnych naszego bohatera. Zwłaszcza o perypetiach, które przeżywa bidulka ze swoją miłością życia. Ta jego dziewczyna, Yennefer, pachnąca agrestem i bzem. Jestem pewien, że słusznie mniemam, że wielu moich towarzyszy miałoby ochotę ją polizać i powąchać. Też mam dziewczynę, a jakże i piołunem nie śmierdzi. Pachnie truskawkami i różami. I chociaż nie magiczka, to też nie prostaczka.
    Wiedźmin Geralt wespół z Jaskrem pokusili się nawet na moralizatorstwo, kiedy dochodziły nas słuchy, że jesteśmy czasami leniwi. Powiem szczerze, te kilka słów z „Granicy wytrzymałości” bardzo pomogło moim braciom wiedźminom: „Słyszałem, że ostatnio trudno dogadać się z wami, wiedźminami. Rzecz w tym, że co się wiedźminowi wskaże potwora do zabicia, wiedźmin, zamiast brać miecz i rąbać, zaczyna medytować, czy to się aby godzi, czy to nie wykracza poza granice możliwości, czy nie jest sprzeczne z kodeksem i czy potwór to aby faktycznie potwór, jakby tego nie było widać na pierwszy rzut oka. Widzi mi się, że zaczęło się wam po prostu za dobrze powodzić.
Za moich czasów wiedźmini nie śmierdzieli groszem, a wyłącznie onucami. Nie rozprawiali, rąbali, co się im wskazało, za jedno im było, czy to wilkołak, czy smok, czy poborca podatków. Liczyło się, czy dobrze cięty.
    A walka z Zeuglem na początku „Okruchu lodu” To trzeba przeczytać. Zwinne i przemyślane ruchy Wiedźmina do dzisiaj śnią się młodym wilczkom. Fragment jest za długi żebym cytował, ale znam to na pamięć. „Korpus sunął ku niemu, orząc w śmietnisku niby wleczona beczka” Widać w tym nieskończoną fantazję Jaskra.
No sami widzicie, gdzie mi tam do takich barwnych opisów starszego kolegi. Ledwo potrafię dwa zdania ze sobą sklecić. Dlatego nie biorę się do „pisania książek”. Chciałem co prawda kiedyś mieć takie zdolności pisarskie. Radziłem się nawet w tym względzie pewnego maga, ale odpowiedział mi, że „są rzeczy, których nie sposób zdobyć nawet magią.” Szkoda, bo i ja miewam ciekawe przygody. Ale rozumiem.
    Podobno Geralt i Jaskier pracują teraz nad pięcioksięgiem. Żeby oddać sprawiedliwość, ten rubaszny Jaskier jest całkiem sympatyczną personą i nic to, że kurwiarz. Nielichym milczeniem zbył oskarżenia trubadura z Nilfgaardu, który nazwał go skurwysynem, w sprawie rozpowszechniania swoich dzieł. Miał tupet ten grafoman, co to na obrazach przedstawiany jest na eleganta, a w rzeczywistości wygląda niczym sprośne ciele. Z tego co mi wiadomo, to pisze on ballady o ludziach co pod ziemią mieszkają, chociaż zachowują się jakby przebywali na powierzchni. No ale, Nilfgaard to inny stan świadomości i nie zmienia faktu nic, że psi grajek nie lubi Emhyra var Emreisa.  Takich dziwnych sytuacji jest więcej. Mianowicie kilka zim wstecz, spotkałem w pewnym mieście felczerkę, starą, zasuszoną pijaczkę, co udawała, że wszystkie rozumy pozjadała. Zamiast leczyć, obgadywała zza płotu ludzi i popluwała jadem na ich życiowe decyzje.
    Także pewna kobieta, która od lat mieniła się „doktorką dusz” wprowadzała jedynie ferment i skłócała ludzi. Ot taki paradoks. Widziałem ją bardziej jako osobę, która pasowałyby do pielenia grządek i kopania w ziemi, czego nie omieszkałem jej powiedzieć. I nawet osiągnęła w tym względzie sukcesy, hoduje obecnie dorodną kapustę. Dosyć o tym, bo wprowadzam do swojej opowieści mało interesujące treści niczym wywody Jaskra o ochronie środowiska.
Może lepiej zrobię wracając do tworzenia raportów. Spiszę jeszcze ze dwa i pójdę podziwiać Białowłosą Gwiazdę.

Raport Numer II
Zleceniodawca: Cyrus Engelkind Hemmelfart
Miasto: Bagna blisko miasta Novigrad
Użyte miecze i inne bronie: Miecz srebrny
Użyte znaki: Ard
Eliksiry, oleje, petardy: Olej przeciwko Wampirom, petarda Samum
Cel: Fleder
Opis:
Wyciągnąłem broń – miecz srebrny prawą ręką, a lewą unosząc go przed siebie, że czubek miecza miałem blisko na wysokości oczu. Wysmarowałem narzędzie dokładnie. Nałożyłem olej przeciwko wampirom i zerknąłem gdzie jest Fleder. Dom był opuszczony, ale coś w nim, ale przez okna widziałem zielonkawą poświatę. Przez uchylone okno wrzuciłem petardę Samum i wpadłem do środka, ale pośliznąłem się na martwych zwłokach mężczyzny.
   
    Dupa! Nie piszę!