czwartek, 5 marca 2015

Aktywny w Szaleństwie ...i w "Hopkins" (Kompednium X-Com)

Deszcz cichutko uderzał o szklany dach mieszkania na 20 piętrze w jednym z nowojorskich bloków. Było już późno po 10 rano, a właściciel domu jeszcze mocno spał w swoim rozbebeszonym łóżku. W całym mieszkaniu panował istny bałagan. Były tam porozrzucane ubrania, butelki, przewrócona szafa z książkami, a słuchawka luźno zwisała z telefonu przymocowanego na ścianie. Całość ta niekorzystnie wpływała na ocenę właściciela. Chociaż książki, które leżały koło szafki: S.W.A.T - Rufiego, Złamany Miecz - Thythwacka oraz Ostatni Rozkaz - Kubańczyka były największymi bestsellerami na świecie. Takich książek nie mógł posiadać byle kto, samo zero, tylko człowiek inteligentny, bogaty, zajmujący dobre stanowisko w pracy, zarabiający duże pieniądze. I rzeczywiście, w łóżku spał Zbigniew Hopkins - prawie najlepszy agent FBI w kraju. To on w roku 1998 był na koncercie Kosynierów i wyszedł rozebrany do naga na scenę. To on pomógł przejść starej babci przez ulicę, a później ją zabił bo mu podziękowała. To on jako dobry obywatel swojej ojczyzny przeleciał córkę Billa Clintona. Wszystko to świadczyło, że był on jednak kompletnym idiotą, ale nie do końca. Miał swoje mieszkanie, a tam w Stanach, za gówno nie dostaje się kanciapy.           

Bohater w swoim mieszkanku.

Zbigniewa około 13 obudził przestający padać deszcz.
- Kurde, chamy, nigdy nie mogę się wyspać - leniwie wybełkotał Zbigniew pod nosem, jakby ktoś kazał mu to powiedzieć, bo właśnie pisze o nim opowiadanie.
Wstał z łóżka i poszedł do kibla się odlać. Po tym incydencie w samych gaciach jak cham, siadł na taborecie w kuchni, rozmyślając czy naje się jajecznicą czy salcesonem.
Kuchnie facet miał wyjątkowo dużą i ładnie urządzoną. Pod samą ścianą stała kuchenka gazowa i zlew, z drugiej mańki koło okna stała lodówka, obok niej przyczepione były szafki bez drzwi i tradycyjnie na środku stał stół.
Myślał z pięć minut co zjeść i zrobił w końcu jajecznice, bo nie miał salcesonu w lodówce. Po skończonym obiedzie położył słuchawkę na telefonie i poszedł ogar… posprzątać dom, przy okazji znalazł klucze do samochodu, których szukał od tygodnia. Po godzinie pracowitego sprzątania, jego mieszkanie wyglądało zupełnie inaczej, ale nadal chodził w samych gaciach i wyglądało to, jakby było lato i mieszkałby sam na wsi. Poszedł do łazienki i wziął prysznic jak Ben w "Alien Incident". Później ubrał się w garnitur i był już innym człowiekiem.
Wiosenne popołudnie było bardzo ciepłe. Deszcz, który niedawno padał orzeźwił powietrze i nie miało się wrażenia, że oddycha się smołą. Zbigniew wyszedł z klatki schodowej i skierował się na parking, na którym stał jego samochód. Z zadowoleniem otworzył drzwi auta i zapalił motor. Ryk silnika przestraszył dzieci, które bawiły się w kałuży obok osiedlowego kibla dla zwierząt. Zbigniew założył czarne okulary jakby był agentem X-COM i ruszył w miasto.
Ulice miasta były bardzo zatłoczone. Hopkins często musiał używać wulgarnych słów, żeby przestraszyć innych kierowców, co nie dawało jednak żadnych efektów. O 16 przyjechał pod główną siedzibę FBI.
- Witaj Kaczy Łbie - powiedział Zbycho wychodząc z samochodu do frajera siedzącego w kartonie i jedzącego bociany.
- Witaj Hopkins - coś się tak wystroił, umarł Ci ktoś, czy co?
- Umarł to jeszcze nie, ale wkrótce może umrzeć babka w szpitalu.
- To dlaczego nie jesteś teraz przy niej? - zapytał zdziwiony Kaczy Łeb.
- Po co mam tam być? Nawet jej nie znam. Czy muszę być przy każdym kto umiera?
- No nie, oczywiście że nie.
- To bądź cicho bo Cię zastrzelę - uśmiechną się do niego Hopkins. Dobra Kaczy spadam, szef na mnie czeka.
- Powodzenia, od Waldka wiem, że będzie na ciebie najeżdżał niczym tramwaj najeżdża na te no... nieważne.
Hopkins wszedł schodami na górę i otworzyły się przed nim rozsuwane drzwi. Jak skończony boss wszedł do głównego holu, gdzie przywitała go recepcjonistka Maryla.
- Cześć Hop... - nie dokończyła jednak mówić, bo bezwładnie osunęła się na biurko.
- Witaj Marylo - powiedział przelotnie Hopkins, nie robiąc sobie nic z tego, że to bydle za biurkiem zemdlało.
Zawsze na jego widok Maryla dostawał ataku koło kości ogonowej i śmierdziało później od niej czymś takim jak wtedy gdy Tytus, Rufi i Kubańczyk wynosili zgnite ogórki z piwnicy.
Zbigniew tymczasem zdążył już wejść do windy razem z młodą dziewczyną imieniem Bronisława. Przynajmniej tak było napisane na jej identyfikatorze przyczepionym do granatowej bluzy, na dużych widocznie sztucznych piersiach.
- Przepraszam panią. Wiem, że ma pani sztuczne piersi - z zadowoleniem zaczął rozmowę Hopkins opierając się łokciem o ścianę windy obok głowy dziewczyny. Tak, zapewne się pani zastanawia skąd ja to wiem? otóż oświecę panią. miałem kiedyś z podobnymi do czynienia. ChciałEM także dodać, że ma pani piękne i zgrabne nogi.
- Naprawdę? - odparła Bronia rozpinając koszulę. Tak bez kitu to jestem Bronek, a moje piersi są jak najbardziej naturalnymi pomarańczami.
- Czy ja kiedyś powiedziałem, że ma pan ładne nogi?  - powiedział  "nieco" oszołomiony Hopkins.
- Nie, chyba nie, nie przypominam sobie tego. A czy wcześniej się nie spotkaliśmy, może wtedy pan to powiedział?
Winda na szczęście zatrzymała się, a  Hopkins wybiegł z niej niczym aeroplan. Biegł by zdążyć do swojego szefa. Wolał żeby go opieprzał, niż towarzystwo pana Bronisława, czy jak mu tam.
Zatrzymał się przed drzwiami pokoju swojego szefa Skajnera, wziął głęboki oddech, poprawił garnitur, zapukał i wszedł. W pokoju na pierwszy rzut nie było niczego, tylko gęsta mgła o zapachu gówna, oj przepraszam, papierosów, spowijająca chyba wszystko. Po chwili jego wzrok przyzwyczaił się i zobaczył w gabinecie dwóch mężczyzn, swojego szefa i robiącego wieszak dla siekiery faceta.
- Kurde, Hopkins, ty pedale - krzyknął szef.
- Spieeeprzaj - przeciągnął swoje słowo Hopkins.
- Jak podrzędny agencie możesz tak do mnie mówić?
- Co chcesz panie szefie? Nie chce mi się z tobą rozmawiać, więc wal szybko.
- Słuchał palancie masz za zadanie...
Hopkins nie słuchał tego pierdoły tylko rozglądał się po jego biurze. Zauważył, że na ścianach były powieszone różne plakaty gołych ludzi trzymających się za ręce, co oczywiście było nieprawdą, ale cóż…. Były tam też jakieś szafki z dokumentami i złoty, (przynajmniej tak się wydawało Hopkinsowi) łańcuch do zapinania krów na polu ażeby czasem nie umknęły. I to by było na tyle.
- Zrozumiałeś chamie? Masz tu akta i się wynoś.
- Spadaj - rzucił mu na odchodne Hopkins i trzasnął drzwiami, aż wyleciała szyba. Zbyszek natychmiast prysną z tego miejsca, zanim usłyszał jak kawałki szkła zbliżają się ku kamiennej posadce.
Wrócił do domu przed 20, po drodze wstąpił do sklepu po drugiej stronie ulicy, żeby kupić coś na kolację. Robiło się już ciemno więc zapalił w pokoju światło i usiadł wygodnie na fotelu podkładając sobie pod nogi pufę. Obok siebie położył zakupy, znalazł pilota i zaświecił telewizor. Na dworze nadal bawiły się dzieci, lecz nie hałasowały już tak jak z rana. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie komary latające wokół zapalonej lampy. Gdyby miał firanki to nie byłoby problemu, a tak jutro będzie miał bąble. Nie myślał nawet o zamykaniu balkonu, bo duszności nie znosi jeszcze bardziej. Zgasił lampę i w spokoju poświęcił się telewizji, chrupiąc chipsy i siorbiąc colę. W telewizji przeleciał ESCAPE i nie było już nic ciekawego. Koło północy zaczęło grzmieć i błyskać. Zbigniew postanowił, że pora się trochę przespać. Pościelił łóżko, wstąpił do łazienki i do kibla, zmówił paciorek i ognia w piernaty.

Na dworze rozpadało się na dobre, Zbysio w tym czasie spał już w najlepsze. Z samego rańca, gdy ludzie wybierali się do pracy w zamku Hopkinsa coś zatrzeszczało. Trzeszczało tak jeszcze przez chwilę, do momentu, w którym otworzyły się drzwi. Do kanciapy wszedł facet w długim płaszczu i z kapeluszem na głowie. Wyglądał jakby był detektywem za czasów prohibicji. Zdjął swoje lakierko-mokasyny, założył domowe rzymki i podążył po cichu do kuchni, żeby nie obudzić gospodarza. Ze swoich toreb (takich jak amerykanie noszą zakupy) zaczął wykładać na stół produkty żywnościowe. Miał tam między innymi ziemniaki, mięso, pomidory, cebulę, jajka, mąkę i pół kilograma konia w proszku, nie wspominając o mleku dla kota Burka.

Jack Orlando

- Choć Burek, dam ci mleka - powiedział facet, który rządził się w kuchni.
Zza szafki wyszedł biały kot i zaczął się łasić do żywnościowego dawcy.
- Masz tu konia w proszku, oby ci się go dobrze jadło.
Facet wyszedł z kuchni do przedpokoju i zdjął nakrycie wierzchnie, poczym wrócił skąd przyszedł. Umył łapy i postępował zgodnie z czynnościami jakie towarzyszą przy robieniu kotletów mielonych i gotowaniu ziemniaków.
Po godzinie, gdy ostatnia porcja kotletów smażyła się na patelni, a w domu było je wszędzie czuć, Hopkins w końcu zaczął się budzić.
- Jack, to ty? - powiedział śpiącym głosem. Jak to dobrze, że robisz coś do jedzenia, umieram z głodu. Chipsami nie można się jednak najeść.
- Witaj stary - przywitał się Jack wchodząc do sypialni. Jeszcze chwila i będzie obiad, ty tymczasem weź prysznic i się ubierz. Po obiedzie idziemy na zakupy.
- Będziemy kupowali ubrania jak dziewczynki?
- Bardzo dobrze Zbychu, będziemy.
Hopkins zszedł z wyra i poszedł wziąć na siebie wody. Facet, który rządził się w kuchni to Jack Orlando - doświadczony życiem (43 lata) i pracą  były detektyw, który był najlepszy w swoim fachu, ale to było już dawno. Obecnie dysponował pokaźną gotówką i jako jedyny w USA miał oryginalną wersję Kompendium X-COM.
Tymczasem Jack skończył nakładać obiad na talerze. Do kotletów i ziemniaków zrobił jeszcze pomidory z cebulką.
- Zbychu pośpiesz się. Ja też jestem głodny.
- Już idę. Jak mamy iść na zakupy muszę być czysty, żeby nie zabrudzić przymierzanych ubrań.
Zaserwowane danie przez Jacka, a przy tym położone na czystym białym obrusie wzbudziło zachwyt w Hopkinsie.
- Zjadłbym jeszcze. Zostało tam jeszcze coś.
- Niestety Zbychu nie. Skoro sobie podjadłeś zrobimy wyjazd na zakupy.
- Yyyy.

Dzisiejszy dzień nie był zbyt upalny. Słońce coraz zachodziło za szare chmury płynące leniwo po niebie. Szli największymi ulicami miasta, przy których były sklepy najlepszych firm robiących stylowe i eleganckie ubrania dla każdego. W sklepach tych kupowali sami najbogatsi i najsławniejsi ludzie. Jack ani Hopkins co prawda do takich się nie zaliczali, ale znali dobrze właściciela jednego z tych ekstrawaganckich sklepów. Kiedyś bardzo dawno temu Jack uratował mu życie.
Właśnie wchodzili do sklepu, kiedy to niespodziewanie podbiegły do nich dwie młode dziewczyny.
- Cześć wam - krzyknęły.
Jack i Zbyszek stanęli jak wryci. Radości ich nie było końca. Przytulili dziewczyny tak mocno, że te musiały użyć techniki Krav Maga, żeby się od nich uwolnić. Widok był straszny, dwie młode niskie dziewczyny stojące nad leżącymi dwoma facetami. Jednak nie mieli im tego za złe, wiedzieli, że były komandosami X-COM i to dobrymi. A były to Pi i Sigma, dwie najlepsze swoje przyjaciółki. Przyleciały właśnie z Polski z chłopakami z X-COM -u na wakacje, by pokupować sobie jakieś fajne ciuchy i kosmetyki do pindrzenia się.
- Jak to dobrze, że znów się spotykamy - powiedział Hopkins.
- Czy są z wami bosy z X- COM? - wtrącił Jack.
- Tak są, tylko że wydawało im się że widzą ufo i poszli go szukać. Nam dali wolną rękę.
- To dobrze się składa, razem ze Zbyszkiem postawimy wam ubrania i kosmetyki.
- W sumie mamy swoje pieniądze - powiedziała Sigma.
- No, ale my rządzimy i pozwolimy wam kupić to co będziemy chciały - przytulając się do przyjaciółki powiedziała śliczniutka Pi.
- Jesteśmy zaszczyceni - odparł Jack otwierając drzwi sklepu.
Dziewczyny weszły do sklepu, a Jack ze Zbyszkiem mogli pozostać na zewnątrz i uciec, ale… też weszli.
Sklep był bardzo duży i cały był zrobiony ze szkła, od szyb poprzez podłogę, fotele, przeźroczyste przymierzalnie, stoliki, pułki z ubraniami, aż do samego sufitu. Chodzili i przymierzali ubrania przez jakieś 5 godzin, aż do zamknięcia sklepu. Oczywiście dziewczyny chodziły same, więc na podglądanie ich ze strony Zbyszka i Jacka nie było mowy. Chociaż nawet gdyby chcieli, to musieli się powstrzymać, wiedząc jak potężna jest wspaniała MOC - X - COM. Wszyscy spotkali się przy tylnych drzwiach sklepu, a chłopcy na posyłki zanosili wybrane przez dziewczyny ubrania do dwóch samochodów oczywiście.
- Proszę państwa - mówił szef sklepu. Starał się być uprzejmy w obecności dwóch dam. Widzę że dużo państwo kupili, komu mam wypisać rachunek.
- Milović nie ściemniaj pedrylu, masz kasę i nie bądź taką ciotą - Jack nie starał się być miłym. Najwyraźniej nie wiedział ile rzeczy może zaspokoić PI i Sigmę.
Dziewczyny podały adres hotelu facetom z samochodów, pożegnały się ze Zbyszkiem i Jackiem i ruszyły ostro w poszukiwaniu taksówki, którą znalazły gdy tylko Pi podniosła swoją rączkę.
Jack ze Zbyszkiem także wracali do domu.
- Jack - powiedział Zbyszek, przerywając długą ciszę. Będę musiał jutro pojechać w jedno miejsce, mam tam sprawę do zrobienia.
- Szef ci kazał? - zapytał Jack.
- Tak - odparł mu Hopkins i stanął w miejscu.
Obok nich przechodził bodajże Magija.
- Hej, ty chłopie, ty jesteś od Hamulca? - krzyknął Hopkins.
- To ja - odparł mu Magija i poszedł dalej.
Tego dnia nic już nie mogło ich zdziwić.

Tymczasem w hotelu.

- Gdzie one są? - mówił zdenerwowanym głosem Tytus. Powinny już dawno tu być.
- Oj Boże, nie przejmuj się tak nimi i tak wrócą, przecież jesteśmy najbogatszymi ludźmi na świecie - powiedział Kubańczyk.
- Wiem o tym, ale jak Pi coś się stanie to nie daruję sobie tego. Nie powinniśmy ich byli puszczać same na miasto. (jaka wieś)
- Oj tam - bąkną Kubańczyk.
Rufi tymczasem siedział w kuchni i rozpakowywał 15 paczkę Chitosów. Właśnie wnosił je do pokoju, kiedy weszły dziewczyny, a za nimi frajerzy, którzy przynieśli zamówione wcześniej przez nie ubrania. Od razu cała trójka zerwała się z miejsca , żeby ich otłuc, lecz Pi powiedziała, że to tylko jelenie z firmy przewoźniczej. Dostawcom nie chcieli dać nic pieniędzy, już samo to, że zobaczyli bosów z X-COM było wystarczającą nagrodą.
Po dwóch godzinach gdy Tytus miło uśpił Pi zaczął grać w Terror from the Deep. Rufi, Kubańczyk i Sigma w tym samym czasie oglądali na TV Polonia Seksmisję i bardzo głośno się śmiali. Dobrze, że tego Pi nie słyszała, bo byłaby zła gdyby się obudziła. Na pewno śniło się jej coś fajnego bo leciutko uśmiechała się przez sen.
Tytus grał i grał i natknął się na poważny problem. Nie mógł mianowicie wysłać komandosów na swoje łodzie podwodne. Zastanawiał się co tu takiego robić, żeby się udało i w końcu zdenerwowany postanowił, że zadzwoni do kumpla, do Polski. Wyszedł cichutko do ciemnego przedpokoju i zapalił światło. Na niskiej szafce stał telefon, podniósł słuchawkę i wykręcił numer. Trochę poczekał i usłyszał głos w słuchawce.
- Halo?
- Dzień dobry, czy zastałem Piotrka? - powiedział Tytus.
- Tak, to ja.
- Cha, cześć Lechu, mówi Tytus. Wiesz rozpakowałem właśnie twojego Terrora i grałem sobie, ale mi wszystkich powybijali na akcji. Mam nowych chamów, ale nie mogę ich przydzielić do łodzi.
- Jak to nie możesz? Zaznaczasz ich i już.
- No tak, ale nie da się…
- Jak to się nie da?...
- No nie da się!
- A wróciła ci już ta łódź do bazy.
- Jak łódź? - pytał ciągle Tytus.
- No Tryton.
- Nie mam już takiej, została tam bo mi ją rozwalili.
- Więc kup ją i gdy ją będziesz miał to ich zaznaczysz.
- Ano tak, bo u nas już ciemno. No dobra Lechu dzięki - jak przyjadę to ci przegram na te dyskietki moje mangi. To na razie.
- Cześć - pożegnał się Lecho.
Tytus dalej w tą gierkę nie grał.
Nad ranem gdy wszyscy spali, Sigma była już na nogach w kuchni i próbowała robić najwyraźniej coś do jedzenia. Ciekawe czy to co zrobi będzie dobre? Każdy wiedział, że Tytus z nich wszystkich umie najlepiej gotować. (DooMowa Kuchnia – przypis z 05.03.2015)

W domu Hopkinsa.
Hopkins zapoznał Jacka z tajnymi dokumentami i obaj ruszyli pod wskazany adres. Według wskazówek dotarli na starą farmę za miastem, gdzie popełniono masową egzekucję na ludziach. Zadaniem Hopkinsa Zbigniewa było znalezienie jakichś szczegółów, przedmiotów, poszlak, które mogły by wskazać zabójców. Gdy tylko wyszli z wozu od razu udali się do głównego budynku gospodarczego tj. do obory. Przeszukali go milimetr po milimetrze, aż w końcu Jack coś znalazł.
- Ty, mam coś.
- Co jest? - spytał Hopkins.
- Coś takiego zielonego, jakiś płyn czy coś, nie wiem co to jest… - ciągną Jack.
- Dobra zabieramy to i jedziemy do laboratorium, nic oprócz tego tu nie znajdziemy!

Po przyjeździe do głównej siedziby FBI.

- Jack, zaczekaj tu - do laboratorium mają tylko dostęp pracownicy. Nie zajmie mi to dłużej jak kilka minut.
Hopkins wszedł do budynku i zszedł schodami na dół (recepcjonistka znowu zemdlała). Otworzył drzwi laboratorium. Wewnątrz przy aparaturze stało dwóch agentów.
- Mulder - spadaj od mikroskopu, ale już.
- Odwal się od niego Hopkins - powiedziała agentka Dejna.
- Weź cioto idź grać w filmach - rzucił jej Hopkins. Spadaj od tego mikroskopu Mulder. Mówię to po raz ostatni.
- Prawda leży gdzieś tam!!! - krzyknął Dejwid.
- Mam to w dupie, idź stąd.
Dejwid szybko wybiegł, a Dejna za nim. Hopkins postał z minutę w laboratorium, rozglądając się po nim i wyszedł. I tak nie umiał obsługiwać mikroskopu.
- Nic nie odkryłem - powiedział Zbigniew do Jacka siedząc już w samochodzie.
- Wiedziałem, dajemy sobie z tym spokój. Jedź na chatę, jestem głodny.
Hopkins otworzył drzwi swojego mieszkania i wszedł do środka. Jakżeby inaczej zrobił to też Jack. Rozebrali się w przedpokoju i poszli do kuchni na wyżerkę. Zbigniew otworzył lodówkę i dostał oświecania jej lampką.
- Kurde Jack, nie ma nic do jedzenia.
- Nosz kurwa maćl. Ty nigdy nic nie masz. Zadzwonię do X- COM- u, może się do nich wprosimy na obiad.
Jack wszedł do przedpokoju zaraz pobladł (he, he). Zapomniał biedny, że telefon jest w pokoju gościnnym. Wrócił więc do pokoju, wyjął notes i wystukał numer do hotelu. Po chwili odebrał Kubańczyk.
- Halo.
- Dzień dobry. Mówi Jack Orlando, czy moglibyśmy ze Zbigniewem Hopkinsem przyjść do was i zjeść z wami obiad.
- Obiad? - spytał zaciekawiony Kubańczyk. Pewnie, przyjdźcie. My co prawda jesteśmy już jakby po obiedzie, ale może znajdą się dla was jakieś resztki.
- Dziękujemy, zaraz przyjedziemy.
Jack rzucił słuchawkę i z zadowoleniem ruszył w kierunku drzwi.
- Jedziemy, jedziemy - cieszył się pytająco Hopkins.
- Ubieraj się szybko Zbychu, bo nic dla nas niedługo nie będzie.
W apartamencie X-COM - u panował spokój, wszyscy byli spasieni obiadem i oglądali kineskop. Po 15 minutach przyjechali oczekiwani goście. Weszli do pokoju od razu zasiadając do stołu, gdzie czekał już na nich ciepły obiad. Widać było, że to co dostali nie bardzo im smakowało, ponieważ wykrzywiali się przy każdym kęsie. W sumie nie ma się czemu dziwić, było to przecież jedzenie ugotowane przez Sigmę. Wszyscy gospodarze przyglądali im się uważnie, mając nadzieję, że nie wybuchnął śmiechem.
- Dobre, bardzo dobre - powiedział Jack skończywszy jeść.
- Tak, bardzo pyszne - przytakiwał Zbyszek.
- Cieszymy się, że wam smakowało, ale możecie już sobie iść. Prawda? - powiedział Rufi.
- Tak, tak, jest już późno, musimy iść - mówili goście.
- To dobrze, wiecie gdzie są drzwi, do widzenia.
Jack i Hopkins szybko zeszli do samochodu i odjechali do domu.
Tymczasem w hotelowym pokoju nie było końca śmiechów. Całe zachowanie jedzących, zostało uwiecznione na kamerze.
- To dobry film, prześlijmy go do Śmiechu Warte - powiedziała Sigma.
- Daj spokój, przecież to Śmiechu Warte to gówno - odparł Kubańczyk.
- Proponowałbym trochę się przejść po mieście. Może pozwiedzalibyśmy jakieś zabytki, których tu niema? - powiedział Rufi.
- Możemy iść, chyba nic nie stoi nam na przeszkodzie, prawda? Pójdziemy Tytusku - powiedziała Pi.
I wyszli.

Chodzili po ulicach i byli w Parku i w Muzeum byli i przy fontannie byli i w Ratuszu i chodząc tak stanęli przy słupie ogłoszeniowym. Stali tak i stali, a najbardziej stał Tytus, bo zapomniał, że grają jutro ( tzn. KOSYNIERZY ) koncert w Nowym Jorku.
- Kurde - zapomniałem walnął się w czoło Tytus. Będę musiał pójść do chłopaków i powiedzieć, że jestem. W ogóle muszę zobaczyć czy oni są.
- To pojedziemy razem - zaproponowała Pi. Przy okazji Sigma pozna pozostałych artystów muzyków.
- Tak, bardzo proszę - uśmiechnęła się leciutko do Tytusa Sigma.
Tytus zaczął palić Jana i nie widział tego co ona robiła.

Tymczasem Jack ze Zbyszkiem leżeli zarzygani w domu Hopkinsa (czyżby zaszkodziło im jedzenie??!?).
- Już nigdy nie będę jadł u znajomych - jęczał Jack.
- Miało to być opowiadanie o mnie, miałem być głównym bohaterem, niezniszczalnym, a tu proszę. Leżę i nie wiem czy przeżyję do rana - żalił się Zbyszek.
- Jakiś gól? - zapytał autor, czyli ja.
- Tak, proszę już o mnie nie pisać.
- Bardzo dobrze, będę teraz pisał tylko o nich, a ty jesteś głupim zdzisem.

Według tego co napisałem piszę dalej.
Kosynierzy zatrzymali się w dużym hotelu (nieważne jakim). Z samego lotniska towarzyszyły im miliony fanów. Z trudem można się było przedostać na zarezerwowane dla nich piętro. Ale w końcu im się udało. Nie obyło się jednak bez nieporozumień. Otóż nie chcieli ich wpuścić tam przez jakieś 3 sekundy, a to hańba. Zostało zwolnionych wtedy chyba z 20 ochroniarzy Kosynierów, że nie rozpoznali jednego z nich. Hańba jak chuj.
Przywitali się, jakby się dawno nie widzieli. Tytus tymczasem dorwał się do swojej basówki i wycinać zaczął solówki. Gdy wszyscy byli najedzeni i obgadali ze sobą niektóre sprawy, postanowili że zagrają jeden, może dwa utwory. Sigma była zachwycona (bo myślała, że grali dla niej). Kosynierzy dali prawdziwy popis swych umiejętności. Po prywatnym koncercie gadali ze sobą jeszcze do późna po północy.

 Brejdak i Tytus

Tytus i Bass

Następnego dnia.
X-COM razem z Kosynierami, byli już na miejscu, gdzie miał się odbyć koncert. Atmosfera była luźna, muzycy nie mieli tremy przed występem jak inne kapele.
- Chodźcie nie wyjdziemy na scenę - śmiał się Tytus.
- A no niby, że nie przyjechaliśmy - wtrącił Magija.
- No, powiemy że nam się nie chce - dopowiedział Brejdak.
- Albo nie chłopaki, wyjdziemy i zagramy na scenie - wtrącił Mati.
- Ej, to jest całkiem dobra myśl - przytaknął mu Tytus.
Zastanawiali się jeszcze trochę, a tymczasem reszta X-COM- u wraz z dziewczynami chodziła po dużej areno scenie, myśląc ile milionów ludzi przyjechało na ten koncert. Od razu rozpoznano w nich X-COM i tłum zaczął krzyczeć ile wlezie z podniety, a raczej ile wylezie…
15 minut potem wyszli Kosynierzy i dali takiego czadu, że strach o tym pisać, bo nie oddałoby się tak wspaniałej atmosfery, bo po prostu brak na to słów. Wykonali swoje najlepsze utwory. 40 razy wychodzili  na bisa i qui. Dzień skończył się o 4 nad ranem.
Wszyscy nie przesadzając spali do 13. Niestety ( Newstety Jasuny ) po obiedzie Brejdak, Mati und Magija musieli wyjechać do Polski. Zsieciowali sobie komputery więc ino się im nie dziwię.
Chłopcom i nie chłopcom z X-COM zostało jeszcze tydzień wakacji więc postanowili, że dobrze to wykorzystają. I rzeczywiście nie nudzili się, a co robili to może już sobie sami wymyślcie.